sobota, 19 listopada 2011

o Krysi, Rysiu i przygodach rachmistrza Waldemara

Ten mój Rysiu to jest strasznie nienowoczesny, zatrzymał się w latach swojej młodości i nie zauważył, że już jest dwudziesty pierwszy wiek, dla niego dalej najlepszym samochodem jest polonez a najpiękniejszym meblem segment. Telefonu komórkowego nie nosi bo nie umie obsługiwać, mówi, że nie chce być uwiązany a prawda jest taka że się nie zna już na niczym!
Kryśka układała towar i opowiadała o swoim Rysiu, niereformowalnym towarzyszu życia, z którym spędziła ponad dwadzieścia lat i gderanie gderaniem, ale tak naprawdę nigdy o nim nie powiedziała inaczej jak „mój Rysiu”. Mieszkali w starej kamienicy, dzieci nie mieli, po pracy spędzali czas przed telewizorem i o to się ostatnio pokłócili. Bo stary telewizor był mały i Kryśka już nawet nie widziała napisów na pasku na dole, ale jak powiedziała o tym Rysiowi to jej odburknął - to se okulary kup a nie nowy telewizor!
- Ale ja bym chciała taki wielki, płaski, nowoczesny - rozmarzyła się.
- Tak, wszystko chcesz nowoczesne, jedzenie też nowoczesne - Rysiu z obrzydzeniem dłubał widelcem w talerzu odgarniając na bok kukurydzę - to żółte to jest pasza dla zwierząt, ile razy mam mówić że się tego nie da jeść, jak chcesz mi dawać warzywa to bigosu nagotuj, kapustka jest zdrowa, o!
- Bigos to przepis na zawał, nigdy tego nie będzie w domu - odparła. Rysiek wstał od stołu, otworzył lodówkę i zadumał się nad jej zawartością.
- Co to za piwo? Drespedros - przeliterował z trudem - chcesz mnie otruć wynalazkami - aż się obraził, na co Kryśka wzruszyła ramionami - sobie kupiłam, nikt ci nie daje!
I tak się sprzeczali od paru miesięcy i nie chodziło wcale o te drobiazgi, tylko o telewizor, bo Kryśka chciała a Rysiu nie. Raz nawet wyjęła baterie z pilota żeby myślał, że się stary telewizor psuje i rzeczywiście kombinował co by tu zrobić, bo ręcznie to on kanałów nie umiał zmieniać, ale niestety, wydało się i się prędko tłumaczyła, że to nie złośliwie bo potrzebowała baterie do budzika.
W końcu ktoś jej doradził - Krysia, ty przecież sama kup ten telewizor, ustaw i jak Rysiu przyjdzie to będzie miał niespodziankę. Chłopaki z roboty się nawet ucieszyli, bo kupować porządny telewizor to sama radość i jak Krysia poprosiła to od razu byli chętni i gotowi pomóc. Kupili, przywieźli, zamontowali, ustawili, wypili kawę i pojechali, a ona siedziała podziwiając nowy nabytek - prawie jak w kinie!
Rysiu zaniemówił, gdy rzuciła mu się na szyję ze słowami - masz kochanie prezent na urodziny! Wręczyła mu pilota obwiązanego czerwoną kokardką i zaprowadziła do dużego pokoju. Jak prezent to prezent, nie miał już wiele do gadania, podziękował, obejrzał ze wszystkich stron i spytał - a kto to ustawiał, coś jakby krzywo, sam bym ustawił!
– A to koledzy z pracy mi pomogli, znają się na sprzęcie to dla nich zabawa - wyrwało się Kryśce.
- Zabawa, zabawa, a obraz jakby z odbicia czy co - zaczął naciskać guziki na pilocie i w jednej chwili na ekranie wielki chłop przepowiadający pogodę stał się szeroki i pokraczny. O, znają się a zobacz jak ustawili - triumfował. Książkę masz, ustaw sam lepiej - wręczyła mu instrukcję większą od ich największej książki w domu pt „Kuchnia Polska”, kupioną przez niego na rocznicę ślubu (oj działo się wtedy działo).
Nawet się do tego nowego telewizora Rysiu przyzwyczaił, kiedyś słyszała jak z dumą mówił do sąsiada - moja Krysia mi kupiła na urodziny plazmę - ale nie mógł jej zapomnieć tego ustawiania, po co kazała obcym ustawiać jak jest chłop w domu, no, po co? Aż się odegrał - pewnego dnia przyszła do domu, a w całym mieszkaniu pachniało bigosem, którego szczerze nie cierpiała.
- Skąd masz?- spytała.
- Koleżanki z pracy mi ugotowały!
***
Waldek został rachmistrzem spisowym bo nie miał co z sobą zrobić. Z ostatniej roboty wywalili go bo robił koleżankom nieprzyzwoite propozycje, na przykład zapraszał je na lody. Do dziś nie rozumie co w tym nieprzyzwoitego, nieraz kupował lody w proszku i robił je w domu i było taniej i smaczniej niż na mieście, a te od razu jak usłyszały o robieniu lodów to molestowanie. Dzikie jakieś i przewrażliwione. Zresztą co to za robota stać za kasą i zaglądać ludziom do koszyków, bez sensu, ale odkąd się skończyły alimenty od ojca to matka się cały czas darła idź do roboty i idź do roboty, no to poszedł. Myślał, że alimenty będą co najmniej do czterdziestki a tu tatuś przestał płacić! Taki mu zrobił prezent na trzydzieste urodziny! Matka nic w sądzie nie wskórała bo Waldek przestał chodzić do szkoły dość dawno. Całe jego życie to jeden wielki zawód, komputer mu się rozlatuje, karta graficzna pali, na trzech portalach ma bany dożywotnie, to jak ma sobie ułożyć życie? Raz tylko miał szczęście – jak była ta amnestia maturalna, ale potem to już tylko same klęski i nieszczęścia. Matka mu wynalazła to zajęcie no to poszedł i go przyjęli. Wreszcie nadeszła wielka chwila, wyszkolony i ogolony Waldemar poszedł na pierwszy obchód spisowy żegnany słowami z jakiegoś filmu: i pamiętaj, gwałć tylko ludzi!
To nie było w „Casablance” ani w „Przeminęło z Wiatrem”, ale też ładne.
Zabrał więc to dziwne urządzenie podobne do telefonu i poszedł. W pierwszym domu ugryzł go pies ale nie za mocno, dziurę w spodniach zakrył długim polarem ale i tak nikogo nie spisał bo drzwi były zamknięte i nikt ich nie otworzył przez dwie godziny, mimo, że Waldek pukał i dzwonił. Z psem się zaprzyjaźnił.
W drugim domu była piękna blondynka i o tym będzie, chyba ten wstęp był za długi, ale chciałam przedstawić bohatera. Kto wytrzymał to dziękuję.
Piękna blondyna zaprosiła Waldzia do środka i zaczął się spis. Na razie próbny bo nie udało mu się uruchomić tego urządzenia. Ale pytania pamiętał więc urządzenie się powoli otwierało a on sondował.
Blondyna tymczasem zrobiła kawki i nalała koniaczku, tak sobie miło rozmawiali aż przyszedł mąż blondyny i wyprosił Waldka z domu w niezbyt kulturalny sposób. Waldek spisywania nie dokończył, kawy też nie a blondyny nawet nie napoczął, musiał więc przyjść na drugi dzień.
Przyszedł kolo jedenastej, blondyna zaparzyła mu kawę i o dziwo, ustrojstwo odpaliło! Zaczął więc zadawać te niewygodne pytania, o wiek na przykład, i żeby się obydwoje nie krępowali to sobie wypili po koniaczku.
No bo te pytania są bardzo osobiste, na przykład: źródło utrzymania? – wiadomo, mąż!
Albo takie – czy czuje pani przynależność do innego narodu albo grupy etnicznej? Nad tym pytaniem blondyna chwilę pomyślała, wychyliła kieliszek i odparła – tak, czuję się jak Murzyn bo muszę za wszystkich w domu zapierdalać!
Potem Waldek pytał o łazienkę i przy okazji też spytał, czy może z niej skorzystać, bo po tej kawie wiadomo. Blondyna zaprowadziła go do łazienki a wtedy zapytał ją, czy często się kąpie, na co ona odparła, że z takim przystojniakiem jak on to nigdy. Postanowili to zmienić i było im naprawdę miło, aż do czasu, kiedy przyszedł mąż blondyny. Waldek znów nie dokończył spisu, musi więc pójść tam kolejny raz jak mu zejdzie trochę opuchlizna, ta wybita czwórka i tak była do usunięcia.
Za trzecim razem dobrnęli już do pytania – czy pani zamierza w najbliższym czasie zmienić miejsce zamieszkania? Gdy wpadł do domu wiadomo kto i pani musiała zmienić miejsce zamieszkania natychmiast. Tak się Waldek dobrze spisał, że zamieszkała u niego i jak na razie spisuje się całkiem nieźle.
Dalsze przygody rachmistrza wkrótce.
***
Waldemar nie spisał do tej pory nikogo, więc w ciszy własnego mieszkania rozkoszując się obecnością Blondyny przeszedł do kolejnych pytań.
- Czy dotychczas rodziła pani dzieci?
Blondyna przestała masować mu kolano nadwyrężone po upadku ze schodów i zaczęła:
- Nie zdążyłam ci o tym powiedzieć..
- Nie mów do mnie na ty bo teraz jesteśmy w stosunku służbowym, ja jestem rachmistrzem a ty respondentem – pouczył ją Waldemar, a Blondyna słysząc słowo „stosunek” zaczęła się rozbierać. Tak więc znów nie dokończyli spisu ale pytanie o dzieci zawisło między nimi i wkrótce do niego wrócili.
- Jakim językiem posługuje się pani w domu?
- Znów językiem? – zdziwiła się Blondyna klękając.
Wreszcie ponownie dotarli do pytań o dzieci. Blondyna chciała ich mieć co najmniej pięcioro, żeby były takie mądre jak ona i ładne jak Waldek. Usłyszała to matka i zapobiegła antykoncepcyjnie wyrzucając Blondynę precz, bo taka para to z pewnością zostanie dożywotnim klientem wszelkich instytucji wspierających patologię społeczną. Nie udało się więc Waldkowi dotrzeć do końca ankiety i zarobić pierwszych dziesięciu złotych.
To był dopiero początek spisu, spisał więc Blondynę na straty by udać się do kolejnego domu. Tym razem trafił na Smutnego Człowieka, który poprosił go, by chwileczkę poczekał, bo musi natychmiast zejść do piwnicy. Waldek domyślał się, że Smutny Człowiek pewnie trzyma w piwnicy jakieś dobre wino albo inną nalewkę na spirytusie i chce go poczęstować, czekał więc niecierpliwie. Smutny Człowiek szedł powoli po schodach, trzymając coś za plecami. Nie, to nie była siekiera. (Chciałam, ale siekiera jest u Volusia więc nie może być u mnie, nie będziemy sobie wyrywać narzędzi).
- To jest moja ukochana – Smutny Człowiek przedstawił Waldkowi nieco sflaczałą gumową kobietę o zdziwionym wyrazie twarzy. Ją też należy spisać, choć żaden wulkanizator nie chce jej pomóc to ja ją kocham i wiele dla mnie znaczy w mej samotności.
- Nie ma peselu nie ma człowieka! – stanowczo zaprotestował rozczarowany Waldemar.
-Człowiek w pewnym wieku powinien się przestać bawić lalkami! – dodał.
Smutny Człowiek schylił się i wyciągnął spod kanapy siekierę (Wybacz, Voluś, musiałam).
- Nikt mi tu nie będzie obrażał ukochanej, ja się kobietami nie bawię, jak jej nie spisujesz to wypierdalaj stąd!
Kolejny dzień stracony, jeśli Waldemarowi jutro nie uda się nikogo spisać, zrezygnuje z tej pracy.
***
Waldemar szedł powoli chodnikiem i rozglądał się niepewnie wokół. Każda jasnowłosa kobieta w rozmiarze powyżej 46 kojarzyła mu się z Blondyną. Nie mógł o niej zapomnieć a żyć też z nią nie mógł, bo za co? Matka się sprzeciwiła utrzymywaniu dwojga darmozjadów a Waldemar mamę szanuje bo kto by mu robił pranie i kupował papierosy.
Po trzech dniach i nocach spisywania się u Waldemara wróciła więc Blondyna do domu do męża swego, który przyjął ją z otwartymi ramionami bo czas najwyższy był zrobić pranie, pomyć podłogi i gary, zwłaszcza, że zużyły się wszystkie naczynia. Mąż Blondyny zawsze był kreatywny i umiał sobie radzić, ale tym razem skończyły się nawet kryształy w segmencie i nie było w domu ani jednej czystej łyżki czy miski. Zmywając naczynia poprosiła go, aby jej wybaczył, bo w sumie początkowo to był gwałt z tym rachmistrzem. Wybaczył jej więc bo obiecała poprawę i umiała dobrze sprzątać i nie tylko sprzątać.
Tymczasem przygnębiony Waldemar ze świeżo naładowaną baterią wlókł się dziurawym chodnikiem aż trafił do małego domku Pani Emerytki. Była to żwawa kobieta, która przywitała go ujmującym uśmiechem przepraszając, że nie zdążyła założyć zębów. Miała na czole narysowane cieniutkie czarne brwi, usta pomalowane na kolor czerwień strażacka, z powabnego dekoltu obszytej cekinami bluzeczki kokieteryjnie wystawała koronka halki. Z głębi domu dobiegały dźwięki radia. Pani Emerytka zaprosiła Waldemara do kuchni, po czym wyjęła ze stojącej na stole szklanki protezę i szybkim ruchem umieściła ją w ustach.
- Może herbatkę panu zrobić?
- Dziękuję, nie trzeba.
- A to ja się napiję sama – odparła Pani Emerytka i nalała sobie do filiżanki rumu w kolorze herbaty.
Zadziwiająco sprawnie doszli do pytań o dzieci.
- Nie mam dzieci bo jestem dziewicą – zwierzyła się respondentka i dodała z nadzieją w głosie – możesz to młodzieńcze sprawdzić! Ale nie za darmo – dodała po chwili. Sto złotych za każdy roczek życia w cnocie!
Waldek jednak nie zamierzał tego sprawdzać, bo po pierwsze był trzeźwy a po drugie cały czas myślał o Blondynie. Odsunął się jak najdalej od Pani Emerytki i czując, że mu zaschło w gardle, sięgnął po stojącą na stole szklankę z wodą. Miała dziwny smak.
Kolejne odpowiedzi były pełne wątpliwości bo te wszystkie pytania są wieloznaczne i tendencyjne, to jasne, ale Waldek dobrnął dzielnie do połowy, gdy poczuł w brzuchu siłę wodospadu. Nie da się robić spisu siedząc na toalecie, jak ktoś nie wierzy to trudno. Hałas, smród, jęki i przekleństwa siedzącego w jej ubikacji Waldemara spowodowały, że wystraszona Pani Emerytka wezwała na pomoc siostrzeńca mówiąc, że została napadnięta ale udało jej się zboczeńca zagonić do kibla i zamknąć. Uczynny siostrzeniec przyszedł natychmiast i trzymając w ręku nogę od stołu otworzył drzwi a widząc Waldemara z opuszczonymi spodniami wrzasnął – ty cholerny dewiancie, mało ci było mojej żony, jeszcze się za moją ciocię zabrałeś?
W ten sposób Waldemar kolejny raz został czynnie znieważony przez męża Blondyny.
***
Waldemar z powodu miłości przeszedł metamorfozę, stan zakochania działał na niego inaczej niż na innych, zamiast jak normalny zakochany wariować, chodzić z oczyma jak latarnie i z głupim uśmiechem na gębie wyć do księżyca Waldemar zaczął się codziennie myć i golić, a nawet obciął sobie paznokcie u rąk a u nóg oberwał do krwi. Ze spisem nic mu nie wyszło, poszedł więc rozwiązać umowę i tam dowiedział się najgorszego. Oto on i Blondyna stali się pośmiewiskiem w Internecie! A już chciał sobie ułożyć życie, iść do urzędu pracy, może zrobić jakiś kurs, na przykład kurs karate, wreszcie by mógł przestać się bać wiadomo kogo.
Załamał się i poszedł na tory. Siedział na środku tramwajowych torów i przeklinał internautów, którzy nie uszanują takiej pięknej miłości tylko ze wszystkiego robią sobie jaja, gdy wreszcie zza zakrętu nadjechała trzynastka. Waldemar zamknął oczy i krzyknął – żegnaj, ukochana, nie spisałem się!
Tramwaj zatrzymał się w niewielkiej odległości od niego, w otwartych drzwiach ukazała się znajoma sylwetka.
- Teraz to cię chyba zatłukę! Mąż blondyny szarpnął Waldemara i pomagając sobie kopniakiem odsunął go od torów.
- Trzeba twardym być, życie jest jak tęcza, raz czarne, raz białe, jeszcze kiedyś i dla ciebie zawyje strażacka syrena w ogniu miłości! – powiedział filozoficznie i odszedł w kierunku tramwaju uważając, by nie zawadzić rogami o trakcyjne przewody.
***
Blondyna siedziała przy monitorze wgapiając się w napis KONIEC INTERNETU. Od wielu dni nie mogąc wrócić do równowagi szukała ukojenia w różnych zajęciach. Wyczyściła od środka grzejniki, rozebrała choinkę, pomalowała sufit porysowany rogami wiadomo kogo i wytrwale przeczesywała Internet mając nadzieję, że się nadzieje na Waldemara. Niestety, to wszystko na nic. Dotarła już do ostatniej strony i nie znalazła nawet jednej wzmianki o swym ukochanym. Postanowiła więc odwiedzić ciocię, która miała nadprzyrodzone zdolności i wiedziała wszystko, tylko oczywiście nie o wszystkim chciała mówić.
Pani Emerytka widząc Blondynę załamała ręce.
- Dziecko, ale zmarniałaś cycki ci się plączą koło pasa a jeszcze niedawno mogłabyś nimi chłopu zęby wybijać!
Blondyna rzeczywiście schudła, zbladła, na dwóch paznokciach miała resztki lakieru a na pozostałych ślady zębów (właśnie, Pani Emerytka szybkim ruchem założyła protezę a szklankę z wodą schowała do kuchennej szafki).
Bo ja się zakochałam ale z powodu nędzy i bezrobocia musiałam opuścić ukochanego i wrócić do męża – rozbeczała się Blondyna, a Pani Emerytka w celu uzupełnienia płynów wyjęła z szafki wino i szklankę i nalała do pełna.
- Pij, bo się odwodnisz! Ja wiem, co to jest miłość i cię rozumiem, miałam w życiu wielu fatygantów ale jeszcze więcej pecha, uspokój się to ci opowiem o losach najstarszej dziewicy w rodzinie. Ty beczysz czy się śmiejesz? – spytała podejrzliwie, a Blondyna na dowód, że beczy, zawyła na cały regulator aż Smutny Człowiek, stojący na balkonie na sąsiedniej posesji wystraszył się i wypuścił z rąk ukochaną, która łagodnie odfrunęła w kierunku zachodzącego słońca.
Kiedy Blondyna piła wino aby się nie odwodnić do reszty, Pani Emerytka, która dorabiała sobie szydełkowaniem, postawiła na stoliku koszyczek z robótką i sprawnie dźgając szydełkiem zaczęła snuć swoją opowieść.
- Zacznę od początku.
- Na początku był chaos – chlipnęła Blondyna a Pani Emerytka mierząc do niej szydełkiem powiedziała – nie odzywaj się tylko pij, ja wiem lepiej co było na początku.
Ja skończyłam liceum, bo ja byłam nie tylko piękną, ale i bardzo zdolną dziewczyną nie tak jak te latawice teraz – pokazała w kierunku okna, gdzie na topoli utkwiła kobieta Smutnego Człowieka.
Skończyłam liceum i zostałam nauczycielką rosyjskiego, w tamtych czasach to był bardzo potrzebny i bardzo poważany zawód, dlatego zaraz po liceum szło się do pracy a dopiero potem można było iść na studia nauczycielskie.
Mój pierwszy nieudany pierwszy raz odbył się na balu maturalnym, pamiętam jak dziś kawalerów z technikum elektrycznego, którzy byli zaproszeni do naszej szkoły i zepsuli prąd. Prąd zepsuli i nie tylko prąd, ale przez lojalność dla koleżanek, może jeszcze która żyje, nie napiszę co się wtedy działo między 19;15 a 20;00. W każdym razie ja byłam oporna i przez ten opór zachowałam cnotę, nie tak, jak ta latawica – mówiła Pani Emerytka, wskazując na topolę.
A potem w wakacje pojechałam na wieś i tam poznałam Bolesława. Chodziłam z nim wieczorami na spacery i pewnego razu zaszliśmy już bardzo daleko, kiedy rozpętała się burza. Schowaliśmy się w stogu siana ale zanim doszło co do czego to strzelił piorun tak blisko, że Bolesław spadł..ze stogu spadł, mówię, nie śmiej się głupio bo się biedny nadział na widły i miał rany jak od automatu, cztery dziury równo, potem miał do mnie jakiś uraz i co mnie widział to się łapał za spodnie i rozglądał po niebie.
Wakacje przeminęły i ja zostałam prawie nietknięta z powodu tych warunków atmosferycznych a potem to poszłam do pracy, czyli do szkoły, czyli uczyć dzieci rosyjskiego języka.
W tej pracy to były same kobiety i tylko dyrektor był mężczyzną, to znaczy z wyglądu, bo tak naprawdę to on mężczyzną nie był bo się bał myszy. Raz w pracowni biologicznej doszło między nami do bliższego spotkania i już mój stanik wylądował na wypchanym puchaczu ale z powodu zbyt gwałtownego poruszenia poruszałam regał i przewrócił się słój z myszami i one spadły jak ten deszcz na dyrektora a dyrektor z krzykiem uciekł na korytarz, co to za uciekanie z opuszczonymi spodniami, za daleko nie uciekł, jak wyrżnął na środku to mu woźna musiała pomagać wstawać. Myszy od tego czasu nie miały do szkoły wstępu.
Pani Emerytka przerwała opowiadanie widząc, że Blondyna drzemie.
Tymczasem na dole rozległ się głos strażackiej syreny. To Smutny Człowiek wezwał strażaków prosząc, aby pomogli zejść z drzewa jego kobiecie.
Blondyna ocknęła się z drzemki i widząc robótkę Pani Emerytki zapytała z zainteresowaniem – Ciociu, a co ty robisz tym szydełkiem? Bo to ma taki charakterystyczny kształt, to wygląda jak ..męski narząd kopulacyjny!
- Bo to jest ocieplacz na fiuta – odparła Pani Emerytka, która sprzedawała te ocieplacze na allegro po 18 złotych. O interes trzeba dbać!
***
Rysiu to ma pecha od początku, dlatego jest taki zamknięty w sobie. Jak się zakochał w Krysi to przyszły teść wziął go na bok i powiedział- chłopie, zastanów się co robisz, bo zobacz, ja mam jedną teściową i mi trudno wytrzymać a ty będziesz mieć dwie! Rzeczywiście Krysia mieszkała z matką i babką i matka była nawet w porządku, ale babka była niemożliwa.
Czas się z nią obszedł łaskawie i na nic nie chorowała, szczycąc się, że nie musi wydawać renty na leki jak jej rówieśnice, chodziła drobnym kroczkiem pomagając sobie laseczką, choć ta laska często służyła jej też do innych celów - a to wskazała córce czy wnuczce kurz na meblach z komentarzem - zarośniecie kurzem jak mnie braknie! - a to przyłożyła przez plecy zięciowi kiedy nakryła go na podkradaniu kiełbasy z lodówki - łomaryjobosko w piątek!!
Rysiu się jednak nie wystraszył naiwnie myśląc, ze nie żeni się przecież z babką czy teściową tylko z Krysią i nie będzie się przejmował obcymi babami tylko zajmie się własnym życiem. Zanim jednak poszli na swoje, upłynęło kilka lat wspólnego mieszkania.
Pierwszy raz młody dostał laską przez łeb słusznie. Bo mu baby kazały przed świętami zrobić zakupy na placu i kupił wszystko jak trzeba, i niech nikt nie mówi że to jest łatwe- jajka od baby, nie z pieczątkami tylko od baby żeby były żółte żółtka, ser niekwaśny, jak będzie kwaśny to odniesiesz, buraczki malutkie i kapustę kiszoną nieśmierdzącą. Przyniósł wszystko, postawił część tych zakupów na stole i zaraz krzyk - torby z zakupami nie stawia się na stole - to przełożył na taboret. Przełożył, nalał sobie kompotu bo pić się chce i usiadł żeby odpocząć. Na taborecie. Konkretnie na torbie z tym serem i jajami od baby. Od tego czasu na słowo „sernik” Rysiu ma ochotę napić się wódki, trauma, nic tylko trauma!
Drugi raz dostał niesłusznie. Bo u babki w pokoju nad łóżkiem wisiały święte obrazy, Serce Jezusa i Serce Maryi w komplecie, jeden koło drugiego zamocowane na dywanie. I pewnego dnia babka kazała Rysiowi przynieść ze swojego pokoju maszynę do szycia, którą za każdym razem z okazji szycia wnosiło się do kuchni i stawiało przy oknie. Rysio po maszynę poszedł, ale w pokoju babki bywał tak rzadko, że stanął w drzwiach i zaczął się rozglądać. Zauważył, że Serce Jezusa wisi krzywo, więc podszedł do łóżka i stanął ostrożnie na jego krawędzi chcąc je poprawić. W tym samym momencie poczuł na plecach babki laskę i usłyszał- co ty robisz ancykrysie diabelny z moimi obrazami?! Rysiu podskoczył ze strachu, krawędź łóżka nie wytrzymała, trzask i łóżko babki zapadło się do środka! Babka też straciła równowagę i walnęła uderzając głową w szafę.
Rysiu nie stracił zimnej krwi, tym bardziej że niedawno miał w robocie szkolenie BHP i pamiętał co należy robić gdy człowiek straci przytomność. Rozdarł się na cały dom - dzwońcie po pogotowie! Potrząsnął babki ramieniem – babciu mojej żony, żyjesz czy nie żyjesz? Nic nie odpowiedziała więc ułożył ją w bezpieczniej pozycji i chciał sprawdzić, czy nie ma czegoś w ustach gdy wpadła teściowa - czemu ty grzebiesz mamusi w gębie zwyrodnialcu?!
Nawet nie usiłował nikomu tłumaczyć, że nie chciał ukraść złotego zęba, wkurzył się po prostu i postawił się - wyprowadzamy się stąd raz na zawsze. Tak też zrobili. Zanim babka wyszła ze szpitala, ich już nie było, wyprowadzili się i do teściów przychodzili tylko w gości.
Babka żyła jeszcze 12 lat a gdy umierała, jej ostatnią wolą było, aby przenajświętsze obrazy znad łóżka dostali Krysia i Rysiu. W ten sposób odziedziczyli również całą kolekcję banknotów z kilku wymian, bonów towarowych, dolarów a nawet euro wsuwanych przez wiele lat za Serce Jezusa
***
W tych okolicznościach muszę wyjaśnić, skąd Pani Emerytka, jeśli pozwoli, to w tym opowiadaniu mówmy o niej pani Wandzia, znała stosowne rozmiary. Otóż to, że była najstarszą dziewicą w rodzinie a nawet w okolicy nie znaczy wcale, że nie widziała na swoje piękne oczy mężczyzny w całej okazałości. Sama zresztą opowiadała o swych miłosnych przypadkach a raczej wypadkach i nie wszystkie były wytworem fantazji.
Wakacyjną przygodą Wandzi był Lesiu, człowiek, którego poznała pracując jako opiekunka na koloniach zorganizowanych przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Lesiu pełnił tam rolę zaopatrzeniowca a była to najważniejsza funkcja na całej kolonii. Kiedy tylko skacowana kadra zwlekała się z polowych łóżek a z głośników rozbrzmiewała rześko melodia „razctwietli jabłoni i gruszy papłyli tumany nad rjekoj” Lesiu odpalał tarpana i jechał do miasteczka po to, co było potrzebne do wyżywienia setki zgłodniałych kolonistów i napojenia dziesiątki spragnionych opiekunów. Czyli codziennie niezmiennie marmolada, chleb, buraki albo marchew, pół kilo mięsa mielonego na kotlety i mąka kartoflana na kisiel do makaronu, czyli na zupę owocową podawaną na kolację. Oraz wino i wino.
Lesiu był brzydki jak potwór z bagna, niektóre dzieci na jego widok uciekały z krzykiem i zasłaniały oczka czerwonymi chustami, które od początku do końca kolonii miały na stałe zamocowane na szyi, dorosłym rosło jedzenie w gębie, ale pani Wandzia już była w takim wieku, że nie było się co zastanawiać, bo lepszy ptaszek w garści niż anakonda na dachu i tylko sercem widzimy dobrze a zeza zbieżnego, grzybicę stóp i próchnicę można wyleczyć, choć na to się nie umiera. Przynajmniej z miejsca.
Zakochała się od pierwszej jazdy, kiedy musieli zdobyć ocet sabadylowy. Spędzili w tarpanie wiele godzin aż wyznali sobie miłość, to znaczy on powiedział, że gdyby chciała to jej pokaże jak ją kocha, wieczorem na pace tarpana. Niestety, nie przyszedł, choć potem już prawie każdą noc spędziła na pace czekając z nadzieją.
Turnus mijał, akcja „która grupa nie ma wszawicy jedzie w nagrodę do miasteczka” zakończyła się fiaskiem bo nie było zwycięzców, pani Wandzia miała coraz mniej pracy bo już nie musiała co rano zaplatać dziewczynkom warkoczy a Lesiu na pakę nie przychodził. Jak mówiła do niego po polsku to udawał, że nie słyszy a jak mówiła po rosyjsku to udawał, że nie rozumie. Poczuła się uwiedziona i zraniona bo nic tak kobiety nie dotknie jak mężczyzna, który jej nie chce dotknąć, tym bardziej, ze razu pewnego na kolonię przyszła jakaś kobieta i z wrzaskiem oznajmiła, że wyrwie kudły każdej wywłoce, która tknie jej męża, czyli Lesia.
Kudłów już i tak na kolonii żadna nie miała ale jednak strach przed babskiem był.
Wandzia do końca kolonii była smutna i załamana, a kiedy na apelu śpiewano „Ukochany Kraj” Wandzia miała swoją własną wersję.
Wszystko Tobie ukochany Lechu
Moje myśli wciąż przy Tobie są..
Dalej było do rymu, a więc o grzechu i takie tam, ale Wam tego oszczędzę.
***
Krysia już od dłuższego czasu chciała coś zmienić. Przestawiła meble w pokoju, kupiła do kuchni nowe zasłonki, wyrzuciła z szafy trochę ciuchów, w tym dwie stare marynarki (Rysiowe, on jeszcze o tym nie wie) ale to ciągle nie było to, czego szukała. Pewnego dnia czesząc się przed lustrem zdecydowała - obetnę w końcu włosy! Włosy Krysi były cały czas jednakowe - proste, błyszczące, zaczesane do tyłu, sięgające łopatek, w kolorze ciemny blond lub może jasny brąz i Rysiu je takie dokładnie lubił. Kiedy więc usłyszał wzmiankę o fryzjerze, zaprotestował z oburzeniem - nie, nie zgadzam się na żadne trwałe, pasemka czy inne cudowanie, i ściąć możesz tylko same końcówki, jak zwykle!
A czy ty mnie pytałeś czy możesz sobie wyłysieć? – pyskata to ona zawsze była i tym razem też jej się udało, choć nie do końca, bo przed wyjściem do roboty przytulił ją jak zawsze i pogładził czule po włosach prosząc – zostaw tak jak jest.
Jednak Krysia już postanowiła – była umówiona z fryzjerką, choć gdy zaszła do salonu to nie do końca wiedziała, co chce z tymi włosami zrobić. Proszę mi zrobić tak, żebym wyglądała młodziej o 10 lat – powiedziała do miłej, młodej dziewczyny i oddała się w jej ręce prawie na pół dnia. Efekt końcowy był porażający – krótkie, nastroszone pasemka w trzech kolorach- platyna, miedź i brąz, ukośnie obcięta grzywka w połowie czoła, odsłonięty kark i asymetryczne boki. Usługa kosztowała ją ponad 200 zł, chustka na głowę w sąsiednim sklepiku 30 zł, łzy – całą drogę! Bo mąż miał rację, wyglądała po prostu fatalnie.
Rysiu się wkurzył, było mu jej żal bo widział, że jest zła sama na siebie, ale z drugiej strony mogła go posłuchać, a nie ryknąć bekiem jeszcze głośniej gdy mu się wyrwało na widok tego co było pod chustką – o ja piermandolę, wyglądasz o 10 lat starzej! No i się pokłócili. Nie pierwszy raz przecież, ale dotychczas zawsze uważali, aby pogodzić się przed snem, żeby ta złość nie zostawała w nich do rana, a tym razem wkurzony mąż zabrał poduszkę i wyniósł się spać do drugiego pokoju. Ciekawe jak długo tak wytrzymasz sam spać- jeszcze go pogoniła słowem i wymościła się wygodniej, zagarniając dla siebie całe łóżko. Jak ci włosy odrosną to wrócę, z obcą babą nie będę spał – odburknął, wyłączył telewizor i zgasił światło.
Krysia czytała jakieś czasopismo a gdy skończyła, zgasiła lampkę i ułożyła się do spania. Jednak sen nie nadchodził, czuła się dziwnie sama w tym wielkim łóżku. Rysiu, wygodnie ci tam? –spytała. Tak, bardzo wygodnie, nie zaczepiaj mnie bo i tak do ciebie nie przyjdę!- odpowiedział. Po jakimś czasie znów zawołała – Rysiu!!- co chcesz, i tak nie przyjdę! – przyjdziesz przyjdziesz. Rysiu?- Coooooooo? - zmiana rączki!
Jak skoczył do niej z tej kanapy to aż łóżko łupnęło. Ona zawsze ma na niego sposób.
***
Alfred, w skrócie Alf, nie zawsze był Smutnym Człowiekiem. Smutnym stał się dopiero wówczas, gdy został podstępnie wykorzystany i oszukany przez kobiety. Prawdziwe kobiety, nie takie, które byle podmuch unosi na topolę.
Alf uzależnił się od czatu już jako dwudziestoparolatek bo tam wystarczyło napisać kobiecie, że jest ładna i dobra i już mógł z nią pisać przez kilka godzin. To nie było kłamstwo, bo wtedy jeszcze wierzył, że każda kobieta jest ładna i dobra. Pewnego wieczoru zaczepiła go szmata_z_czata, nick niezbyt zachęcający dla porządnego chłopaka, ale Alfred żadnej kobiety nie lekceważył i nie ignorował, skoro go zaprosiła do prywatnej rozmowy to zaproszenie przyjął. Początki były trudne i jeśli ktoś bywa na czatach, to nie będzie zainteresowany, niech nie czyta bo będzie mu śmiertelnie nudno.
Wyglądało to mniej więcej tak:
-Skąd jesteś?
- z miasta, a ty?
- A ja z czatu.
- Ile masz latek?
- jestem pełnoletnia, a ty jaki masz samochód?
-Też jest pełnoletni.
- Czemu masz taki nick?
- Bo ścierka już był zajęty, a ty jesteś alfonsem?
- Nie, to skrót od imienia.
- Masz na imię Alfons?
- Alfred.
- A ja mam na imię Samanta. Lubisz seks?
Dalej już o tej rozmowie pisać nie będę, bo w tym momencie wszystko zależy od piszących, mogą najechać na monitorze na krzyżyk w miejscu, gdzie na mapie Polski są Suwałki, kliknąć w niego i pytający nigdy już się nie dowie o ulubionych zajęciach, przeczytanych książkach, obejrzanych filmach, podróżach a nawet o chorobach i dewiacjach.
Alf i Samanta chcieli dowiedzieć się o sobie więcej, dlatego pisali dalej.
Alf miał na czatanistów (a może użytkownicy czatu nazywają się czaterianie, nie wiem) sprawdzone sposoby. Co kilka dni pytał o to samo, na przykład o wzrost, o kolor oczu, o miasto, o liczbę rodzeństwa, i jeśli przyłapał kogoś na kłamstwie, to już nigdy się z nim nie wdawał w dyskusje wiedząc, że kłamca jest kłamcą, niezależnie od miejsca, gdzie się kontaktuje. Samanta nie okłamała go nigdy, bo znała dawno te sztuczki i miała obok klawiatury zeszyt, w którym notowała każde istotniejsze zagadnienia.
Wkrótce Alfred się zakochał i świata nie widział poza Samantą, zwłaszcza, że przysłała mu kilka zdjęć, które ustawił na pulpicie. Czatowy ksiądz udzielił im ślubu ale Alf był zakochany i myślał już o ślubie prawdziwym. Nalegał na spotkanie i Samanta się zgodziła. Nie spał całą noc, nie mógł rano nic przełknąć, każda minuta zdawała się być wiecznością. Jechał do niej pisząc całą drogę wiadomości sms. Miała na niego czekać na dworcu, wypatrywał jej sylwetki na peronie jeszcze zanim pociąg się zatrzymał a serce tłukło mu się tak, że miał wrażenie, że za chwilę się udusi. Kiedy wysiadł i jej nie było, nie czuł jeszcze niepokoju. Wybrał jej numer ale w telefonie usłyszał komunikat – abonent czasowo niedostępny. Pewnie jest w podziemnym przejściu, gdzie nie ma zasięgu – pomyślał.
Miotając się po peronie z telefonem przy uchu zdał sobie sprawę, że czeka już prawie dwie godziny. Nie znał adresu Samanty, nie znał nawet jej nazwiska. Był pewien, że coś musiało się stać. Trzymając głowę w dłoniach siedział na ławce i zastanawiał się co robić, a gdy wreszcie wieczorem usłyszał zapowiedź pociągu, który jechał do jego miasta, wsiadł w niego i wrócił do domu.
Tymczasem na czacie wrzało i gdy Alf się zalogował, natychmiast kilka osób przekazało mu wiadomość, że Samanta miała wypadek i jest w szpitalu. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć nic więcej, nikt nie wiedział również, od kogo ta wiadomość wyszła. Nikt nie znał Samanty osobiście i nie miał na nią namiarów. Alf spędził noc przy telefonie, ale w żadnym szpitalu nie widziano ślicznej, młodej brunetki o imieniu Samanta.
Rozpaczał. Ktoś mu zasugerował, że być może szmata_z_czata jest oszustką, ale Alf dobrze wiedział, co ludzie potrafią pisać z zawiści. Widzieli ich miłość i zazdrościli, a teraz go chcą jeszcze bardziej zdołować. Upłynął tydzień i gdy rozpacz Alfa zmieniała się w ciężką depresję, Samanta pokazała się na czacie. Tak jak sądził, miała wypadek, była w szpitalu i nie mogła się z nim skontaktować. Jej telefon się roztrzaskał a wraz z nim straciła wszystkie zapisane w nim numery. Teraz czuje się lepiej ale nie chce, by do niej przyjeżdżał, bo nie chce by widział ją w takim stanie. Spotkają się, gdy Samanta dojdzie do siebie, ale przecież mogą ze sobą pisać i rozmawiać.
Poczuł, jakby wróciło mu życie.
***
Wirtualny romans kwitł, Samanta wracała do zdrowia i nawet podała mu swój numer konta, gdy nalegał chcąc pomóc jej w rehabilitacji. Czuł się winny, bo przecież to do niego biegła podekscytowana i kiedy usiłowała przeczytać kolejny sms, którymi ją wprost zasypywał, została potrącona przez samochód. Czas mijał, Samanta wielokrotnie zapewniała go o swej gorącej miłości a kiedy wreszcie wróciła całkiem do zdrowia, zdecydowała, że to ona odwiedzi Alfreda w jego mieście. Tym razem musi dojść do spotkania, bo nie mogą bez siebie żyć.
Znów nie spał, nie jadł i miał wrażenie, że czas stoi w miejscu. Wysprzątał swoją kawalerkę, kupił kwiaty, ciastka i owoce, choć nie wiedział, czy Samanta do niego przyjdzie, czy spotkają i pójdą do jakiejś kawiarni. Może będzie głodna i zjedzą coś na mieście a może rozczaruje się nim i wróci następnym pociągiem? Tysiące myśli i ten niepokój, który nie pozwalał mu racjonalnie myśleć i czymkolwiek się zająć były nie do wytrzymania. Umówili się, że tym razem nie będą do siebie pisać cały czas, spotkają się dopiero na dworcu.
Wyszedł z domu za wcześnie. Kiedy pociąg wjechał na peron, Alfred bał się tak, że nie był w stanie zapanować nad drżeniem rąk. Wśród wysiadających ludzi zobaczył ciemnowłosą kobietę w czerwonej sukience i zalała go fala szczęścia. Samanta przyjechała. Była jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach czy w kamerce. Ona go również dostrzegła, uśmiechnęła się promiennie a gdy szła do niego, miał wrażenie, że otacza ją jakaś świetlista aura. Zamknął ją w objęciach i długo, długo do siebie tulił. Poczuł się tak, jakby od dawna była jego częścią, tylko coś ich rozdzieliło a teraz nareszcie wróciła z dalekiej podróży.
Tuląc się do niego spytała – zaprosisz mnie do siebie?
Spędzili popołudnie kochając się w blasku letniego słońca, które świeciło w niczym nie zasłonięte okno. Jedli czereśnie i truskawki i kiedy nastał zmrok, Samanta oznajmiła, że musi wracać.
Jak on bez niej wytrzyma, skoro tęsknił, kiedy musiała wyjść do łazienki?
Nie mogła zostać, miała jakieś zobowiązania i musiała wracać, ale teraz już na pewno będą spotykać się częściej. Mówiła prawdę, patrzyła mu prosto w oczy i jeśli do tej pory kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości, to teraz dałby się za nią zabić. Mógłby również zabić kogoś, jeśliby zaszła taka potrzeba.
***
Samanta czyli Beata czyli szmata_z_czata przeglądała w skupieniu zeszyt z zapiskami. Nie sądziła, że ta zabawa tak ją wciągnie, nie sądziła również, że się zakocha. Przez kilka lat udawało się jej prowadzić bujne życie towarzyskie, co prawda prawie wyłącznie wirtualne, ale zawsze, gdy „zajączek” był już schwytany, zostawiała go bez żalu i ruszała w pogoń za następnym. Potrzebowała tych komplementów, zainteresowania, wreszcie tego dreszczyku nowości. Porzucała swych internetowych kochanków bez rozczulania się, czasem nawet nie wiedząc tak naprawdę, kim byli. Nie wszyscy odchodzili, zostawiając ją w spokoju. Kilku takich zranionych osłów jeszcze długo ryczało żałośnie utwierdzając ją w przekonaniu, że nie są niczego warci.
Z Alfem było inaczej. Był naiwny, ale jednocześnie był niesłychanie wrażliwy i delikatny i czuła, że jeszcze nikt jej tak nie kochał. Nie okłamywała go tak perfidnie jak innych choć całej prawdy nie mówiła mu nigdy bo po co. Tak było właśnie z wypadkiem. Naprawdę miała iść na to spotkanie, ale całkiem niespodziewanie przyleciał na dwa tygodnie jej mąż, pracujący za granicą. Kiedy mąż Samanty był w kraju, wszelkie wirtualne znajomości szły na bok, nie logowała się na czat, nie sprawdzała poczty a telefon do specjalnych zadań leżał wyłączony w szafie w pudełku z sandałkami. Historia z wypadkiem była na tyle wiarygodna, że Alf przełknął ją a nawet zrobił jej przelew na niewielką kwotę, aby miała na rehabilitację. Nalegał to wzięła, czasem przyjmowała niewielkie sumy, nie tylko od Alfa. Skoro nalegali to czemu nie. Przynajmniej mogła sobie iść do luksusowego SPA, i tu też znów nie było wielkiego kłamstwa, bo masaż jest masażem i nieistotne, czy w SPA czy w przychodni rehabilitacyjnej.
Wróciła od Alfreda do domu. Była północ, dzieci dawno spały a teściowa drzemała przed telewizorem.
- Na randce byłaś? – stwierdziła raczej niż spytała.
- Na randce – Samanta zupełnie nieoczekiwanie nie zaprzeczyła.
- Dzwoniłam do Kazia i mówiłam mu, że się wypindrzyłaś i poszłaś na randkę. Wleje ci, zobaczysz, skończy się to kurestwo.
- Nie będę więcej znosić tego prymitywa, który nie umie nic więcej tylko lać! – odpowiedziała Samanta, wyciągając z garderoby walizkę.
- Pieniądze umie zarabiać, o tym hrabianka zapomniała? – teściowa mówiła coraz głośniej i wyżej aż jej głos zmienił się w nieznośne jednostajne piszczenie. Z góry rozległ się dziecięcy płacz. Samanta weszła na piętro, by utulić obudzoną córeczkę, która po chwili zasnęła z buzią mokrą od łez.
Zajrzała jeszcze do pokoju syna, wyłączyła jego komputer i zeszła na dół.
- Jutro rano wyjeżdżam, po dzieci wrócę za kilka dni. Muszę przygotować dla nich miejsce i załatwić szkołę i przedszkole, dlatego nie zabieram ich od razu.
- Jedź, jedź i nie wracaj, to najlepsza wiadomość od wielu lat, mój syn wreszcie ułoży sobie życie z prawdziwą kobietą, a nie z takim tłukiem i kurwiszonem!
Na Samancie słowa teściowej od dawna nie robiły żadnego wrażenia, bo od samego początku była dla niej wyłącznie tłukiem, biedotą bez posagu i kulą u nogi. Z początku płakała a potem stwierdziła, że nie ma się co przejmować starą, wredną babą. Starała się jedynie, by tych epitetów nie słyszały dzieci, Kazek nigdy nie stanął w jej obronie bo sam twierdził, że gdyby nie on to Samanta klepałaby biedę na zadupiu i rok po roku rodziła bachory jakiemuś furmanowi. A tak to jest panią i ma wszystko. To wszystko to był piętrowy dom teściów, pięcioletni opel i mąż do obsłużenia raz na trzy miesiące przez kilka dni. I stały dostęp do Internetu. Wcale nie wydawała dużo mężowskich pieniędzy, bo nawet nie mieli wspólnego konta. On wręczał pieniądze na utrzymanie matce i to matka zarządzała domem, a Samanta dostawała na drobne wydatki kieszonkowe, jak dziecko.
Nie spała tej nocy wcale. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, w tym laptop, wrzuciła do kominka zeszyt z notatkami, wykasowała niektóre kontakty z telefonu i rano była gotowa do drogi.
***
Samanta postanowiła całkowicie zmienić swoje życie. Miała dość tkwienia w dwóch światach, w żadnym nie czując się bezpiecznie. Im bardziej atrakcyjną była w świecie wirtualnym, tym zderzenie z rzeczywistością było boleśniejsze. Dawno utraciła swoją tożsamość i sama nie wiedziała, czy jest Samantą czy Beatą.
Dzieci – dzieci są bardzo ważne a Alfred jeszcze o nich nie wie. Jadąc do niego całą drogę układała sobie w myślach słowa wytłumaczenia nie wiedząc, jak on to przyjmie. Zastanawiała się, czy powiedzieć kochankowi o mężu, ale gdzieś w połowie drogi stwierdziła, że od tej pory nie dopuści się już żadnych kłamstw.
Zamiast wielogodzinnego tłumaczenia, zamiast wstępu, zamiast tych wszystkich słów, które układała sobie całą drogę, powiedziała tylko jedno zdanie:
- Mam męża i dwoje dzieci.
Zapadła cisza. Alfred wstał, przeszedł do okna, postał chwilę odwrócony do Samanty plecami a potem powiedział – trzeba będzie kupić rolety żeby ich nie budziło słońce.
Rolety, łóżko, szafę, biurko..gdzie to wszystko zmieści się w 16 metrowej kawalerce Alfreda?- pomyślała Samanta a po chwili uświadomiła sobie, że to nie jest ważne ale o tych praktycznych rzeczach łatwiej myśleć i rozmawiać niż dotykać tego, co o wiele istotniejsze.
- Dlaczego nic nie mówisz, jeśli wolisz, abym odeszła na zawsze z twego życia to powiedz mi to teraz, będzie łatwiej się rozejść zanim się jeszcze na dobre nie zeszliśmy. Milczenie Alfreda niepokoiło ją bardziej niż słowa, których spodziewała się usłyszeć.
- Czułem, że nie jesteś sama, że coś ukrywasz, tak atrakcyjna kobieta nigdy nie jest sama, wiedziałem, że wcześniej czy później powiesz mi o nieszczęśliwym małżeństwie albo o zaborczym kochanku, to tylko kwestia czasu. Nie powinno się budować związku na ruinach i kłamstwach, ale skoro już się to stało, to nie zmienię zdania, kocham cię i chcę żyć z tobą.
Praktyczne sprawy nie załatwią się same i choć Alfred wziął sobie kilka dni urlopu aby przygotować mieszkanie na przyjazd dzieci, Samanta czuła się źle. Nie mogła dodzwonić się do dzieci, teściowa nie odbierała telefonu a Kazek odebrał tylko raz po to, by warknąć – nie dzwoń tu więcej szmato.
Nietrudno się domyśleć, że Samanta nie przywiozła swych dzieci za kilka dni, nie przywiozła ich wcale. Kazek i jego mama wymyślili sobie szczególnie perfidny sposób dręczenia Samanty. Kiedy pojechała po dzieci, nie wpuścili jej nawet na posesję. Co kilka dni powiadamiali ją, że może przyjechać w odwiedziny do nich, jechała więc, stała godzinami pod bramą i odchodziła z płaczem, nie zobaczywszy dzieci nigdy. W sądzie rodzinnym nie miała szans, była bez mieszkania i bez pracy. Z wniosku rozwodowego jasno wynikało, że Samanta winna jest rozpadu rodziny, porzuciła dzieci i uciekła do kochanka, nie troszcząc się o ich byt i nie interesując się nimi.
Alfred próbował wszystkiego, by wyciągnąć ją z depresji, w której się pogrążała coraz bardziej. Jasne było, że bez dzieci ta kobieta żyć nie może i ta bezustanna szarpanina uczyniła z niej cień człowieka. Już nie jaśniała, już nie śmiała się tak radośnie, już nie tuliła się do niego ufnie i z oddaniem. Była jak zaszczute, lękliwe zwierzątko, zrywała się na każdy dźwięk telefonu, nie spała nocą a w dzień siedziała nie ruszając się godzinami z miejsca.
Pewnego dnia Alfred przyszedł z pracy i nie zastał Samanty w domu. Na łóżku leżała porzucona otwarta książka. Podszedł, spojrzał na okładkę i przeczytał tytuł: „Anna Karenina”.
Ta historia nie skończyła się dobrze, ale wyjaśnia czytelnikom, dlaczego w poprzedniej części Alfred nazywany jest Smutnym Człowiekiem i zajmuje się gumową kobietą, która uciekała mu na drzewo.
***
Blondyna miała już paznokcie obgryzione prawie do łokci a w oczach smutek i żal, nie cieszył ją nawet nowy płyn do naczyń, który wraz ze ścierką do podłogi dostała od męża na imieniny. Płyn był bardzo skuteczny ale i tak się nim nie dało pozbyć tego, co wyryte w sercu na zawsze a ściereczkę suszyła na rogach małżonka, co było praktyczne bo w górze jest cieplej i przewiewniej, więc wszystko szybko schnie.
Nie ma lekarstwa ani na miłość, ani na bezmiłość, ale Pani Emerytka postanowiła wziąć sprawy w swoje rączki i pomóc swojej ulubienicy przetrwać trudne chwile. Sezonu na ocieplacze nie było, więc czasu miała pod dostatkiem i wreszcie wymyśliła. Zabierze Blondynę na wczasy, Blondyna odpocznie i zapomni wreszcie o tym głupku rachmistrzu a ona może w końcu pozbędzie się cnoty, bo najwyższy czas oddać się chłopakom w myśl starego indiańskiego przysłowia o chłopakach i robakach.
Pewnego dnia, który był przecudny, dwie panie po długiej podróży wysiadły z pociągu w pewnym pięknym, portowym mieście. Była to stacja docelowa i wszyscy pasażerowie musieli opuścić pociąg, nawet ten zboczeniec, który chciał się z Blondyną bawić całą noc w zabawę „pociąg w pociągu”. Dostał za to po łbie plażowym parasolem od Pani Emerytki, która czuła się za Blondynę odpowiedzialna i przez całą podróż walczyła jak lew, przeganiając dwóch panów roznoszących piwo, całą załogę konduktorską, grupę oazową śpiewającą „Nie boję się” i czterech emerytowanych górników z kopalni budyniu jadących na kurację pt „ostatnie podrygi dziadygi”.
Wysiedli więc wszyscy z pociągu i kiedy już zachłysnęli się cudownym, morskim powietrzem, złapali bagaże i pognali na prom. Pani Emerytka tego bagażu miała dość dużo, bo jako osoba doświadczona przez życie wiedziała, co się nad morzem przyda. Parawan, parasol, młotek do wbijania pali i zabijania os i komarów, koc na plażę, dmuchany materac, płaszcz przeciwdeszczowy, polar, gumowce i pół litra spirytusu na lekarstwo. O odzieży nie wspomnę, bo to zabiera każdy. Blondyna nigdy nad morzem nie była to zabrała głupia pipa tylko kostium kąpielowy, trochę ubrań, półkę kosmetyków i klapki. I w sercu niosła cały czas obraz Waldemara.
Tak więc szły od pociągu na prom niosąc bagaże, a gdy wreszcie dotarły, prom był już na środku wielkiej wody wioząc towarzyszy podroży, czyli zboczeńca, górników i grupę oazową śpiewającą „Nie boję się”. Trudno, poczekają na kolejny bo wpław nie popłyną jak te łabędzie.
Mewy krzyczały jak opętane, gdy wreszcie panie zeszły z promu i uginając się pod torbami szły do miejsca przeznaczenia, czyli do dzielnicy uzdrowiskowej. Szły, szły, robiło się coraz później, bagaż wydawał się coraz cięższy, aż wreszcie dotarły do skromnego domu wczasowego „Janosik”, gdzie na werandzie było pełno ludzi. Siedzieli czekając na panią recepcjonistkę – zboczeniec, górnicy, grupa oazowa śpiewająca wiadomo co i do nich wszystkich dołączyły nasze dwie panie.
Tymczasem niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, powiał lodowaty wiatr i zaczął zacinać deszcz. Tego lata słoneczna pogoda była w zeszłym tygodniu w piątek, nie należało więc mieć nadziei, że mimo wszystko jeszcze zaświeci słońce.
***
Lało i wiało trzy dni i trzy noce, jedyną rozrywką wczasowiczów były posiłki w jadalni. Już w pierwszy dzień podczas obiadokolacji Pani Emerytka spojrzała brzydko na budyń z sokiem malinowym i na górników, i zapytała – wyście to wykopali? Górnicy mocno się zdziwili, i zaczęli tłumaczyć jak jakiemu głupiemu, że budyniu się nie wydobywa spod ziemi bo budyń się zbiera z drzew budyniowych.
No to czemu mówiliście w pociągu, że jesteście z kopalni budyniu, co? – wkurzyła się Pani Emerytka, bo czego jak czego, ale krętactwa nienawidziła. Blondyna trąciła ją delikatnie łokciem i dyskretnie szepnęła - ciociu, oni mówili, że są z kopalni Budzyniów!
Grupa oazowa zorganizowała wieczorek zapoznawczy, umilając wczasowiczom czas śpiewem i przedstawieniem pt „my chcemy życia bez palenia i bez picia”. Palacz tak się przejął przesłaniem, że poszedł do kotłowni i wygasił piec, który służył do podgrzewania wody, zakręcił też wodę bo życzenia gości należy spełniać, tak powiedziała właścicielka pensjonatu na początku sezonu.
Nie było co robić, na deptaku ludzie z nudów kupowali wszystko, co było do kupienia, górnicy pili piwo i co chwilę się dusili wciągając brzuchy gdy tylko koło nich przechodziła jakaś atrakcyjna kobieta.
Blondyna powoli wracała do równowagi. Na czwarty dzień koło południa przestało lać a nawet nieśmiało wyjrzało słońce zza chmur. Ludzie złapali za przygotowane od dawna toboły i pobiegli na plażę. Jeszcze piasek był mokry, jeszcze wiało, na wieżyczce ratownika powiewała czerwona flaga na znak, że nie wolno wchodzić do wody, ale skoro wyszło słońce to trzeba się opalać jak się jest nad morzem!
Ludzie zaczęli kopać doły i rozstawiać parawany. Górnicy mieli z sobą szpadle i wkrótce dokopali się do części z poniemieckiego czołgu. Grupa oazowa z piosenką na ustach zaczęła się bawić w „powrócimy wierni my czterej pancerni” i nawet zboczeniec siedzący na wydmach zszedł na plażę i wystawił się do słońca.
Blondyna posmarowała się kremem z filtrem i nie zwracając uwagi na przenikliwe zimno, stała przy brzegu, mocząc stopy w lodowatej wodzie. Górnicy widząc jej posągową sylwetkę powciągali brzuchy i tak stali na wdechu, aż któryś zemdlał, powlekli go więc za nogi do wody dla ocucenia.
W oddali, na końcu falochronu widać było wiatrak, do portu wpływał jakiś tankowiec, z portu wypływał Unity Line. Ach, jak pięknie i uroczo. 10 metrów za czerwoną boją kołysała się kra a na niej siedział biały niedźwiedź, znak, że lato na polskim wybrzeżu w pełni. Na jego widok grupa oazowa przerwała zabawę i zaśpiewała:
Hej dziewczyno aaaa spójrz na misia aaa który chłopca przypomni ci…
Blondyna zaniosła się płaczem bo znów stanął jej przed oczyma jak żywy Waldemar, którego musiała zostawić z powodu klęsk i nieszczęść życiowych.
Tymczasem plażą szedł sprzedawca lodów, za nim sprzedawca pączków a za nimi sprzedawca cieplutkich jagodzianek. Pani Emerytka mając do dyspozycji młotek na osy mogła sobie pozwolić na zakup słodyczy i wkrótce walczyła z wściekłymi owadami tłukąc na oślep z takim zapamiętaniem, że przygrzmociła w osę siedzącą na spodenkach zboczeńca, który uszczęśliwiony krzyknął – jeszcze raz! I zemdlał z rozkoszy.
Tak upłynęło piętnaście minut cudownej słonecznej pogody po czym niebo znów zasnuło się chmurami i zaczął padać deszcz.
***
Pani Emerytka wraz z Blondyną poszły na ostatni wieczorny spacer. Ponieważ deptak zdeptały już wszerz i wzdłuż, pod wiatrakiem były codziennie trzy razy i pod granicą niemiecką tak samo, park zwiedziły również, co się dobrze nie skończyło bo w parku zostały zmuszone przez dewianta do zabawy „Raz dwa trzy niech pani patrzy” (dewiant jednak nie wiedział, że Pani Emerytka odklepuje młotkiem). Tym razem poszły na nabrzeże oglądać okręty, jachty, rybaków i innych marynarzy.
Dawniej stacjonowały tu radzieckie wojska a teraz było całkiem pusto. Charakterystyczny zapach, daleki wrzask mew i rytmiczne uderzenia fal o betonowe nabrzeże przypomniało Pani Emerytce piosenkę z czasów, gdy była opiekunką na koloniach i zanuciła:
Już brzegu nie widać i niebo się chmurzy
Lecz dzielny marynarz nie boi się burzy..
Blondyna poddała się nastrojowi i nucąc refren:
przeleć mnie w tej koniczynie a przyjemność cię nie minie..
i rozmarzyła się myśląc wiadomo o kim.
Panie miały jeszcze w torebce resztę rozmajonego spirytusu, który służył im na lekarstwo od zimna, komarów i górników z kopalni budyniu. Wróć, Budzyniów. Rozlały więc napój do kubeczków, bo prawdziwe damy z gwinta nie piją, choć tu mam problem, bo mój ukochany autor twierdził, że prawdziwe damy piją wyłącznie czysty spirytus, więc teraz nie wiem, czy mamy do czynienia z prawdziwymi damami? Nieważne, żadna z pań nie miała na imię Małgorzata i nie latała ani na miotle, ani na świni, trudno więc porównywać te postaci.
Robiło się ciemno, nie z powodu picia trunku kupionego na bazarku bez banderoli, po prostu zapadał wieczór. Kiedy już panie miały zbierać się, aby spakować resztę rzeczy i uregulować ostatecznie rachunek w pensjonacie, który nie na darmo nosił nazwę „Janosik”, coś się zaczęło dziać.
Woda zabulgotała wściekle, w całym basenie zakipiało i oczom przerażonych kobiet ukazał się potężny obły kształt.
Ufo – ja pierdolę, Ufo po nas przyleciało! – wrzasnęła Blondyna a Pani Emerytka mocniej ujęła trzonek młotka. Zazgrzytało i z dziury wychynęła sylwetka zbliżona wyglądem do ludzkiej.
- Zdrastwujtie, tawariszczi! - Krzyknęła Pani Emerytka, która w obliczu wielkiego zagrożenia zawsze mówiła po rosyjsku.
Różowy Sierpień wynurzył się tymczasem w całej okazałości. Jak się z pewnością od początku domyślacie, był to zaginiony radziecki okręt podwodny, który nie opuścił wraz z innymi naszego pięknego kraju tylko zakopał się w mule w świnoujskim porcie. Zawiódł ich system telepatycznego naprowadzania bo telepatę zmuliło w tym mule i dopiero zbudził go charakterystyczny ciągle powtarzający się od tygodnia dźwięk nie boję się..
Pani Emerytka wraz z przerażoną Blondyną gnały nabrzeżem jak opętane, gubiąc młotek, parasolkę, butelkę po spirytusie i kubeczki. Po dziesięciu metrach rozczarowane przestały uciekać, bowiem nikt ich nie gonił, nawet ten dzielny marynarz, który wyszedł z włazu i machając siekierą wołał coś o zabijaniu smoków. Nikt im również nie uwierzył w opowieść o podwodnym okręcie a na drugi dzień nie było po nim nawet śladu na wodzie, to jak miały udowodnić, że im się to nie śniło, no, jak? Tak skończyły się wczasy i niestety ale nie było tam odpowiedniego mężczyzny, któremu Pani Emerytka gotowa by oddać serce, o cnocie nie wspomnę.
Blondyna postanowiła już nie wracać do męża, którego nie kochała wcale a od pewnego czasu nie kochała jeszcze bardziej niż zawsze. Już w pociągu napisała sms wiadomo do kogo i po chwili dostała odpowiedź – spotkamy się TU!
***
Kiedy już Blondyna przeanalizowała swoje położenie i doszła do wniosku, że najwyższy czas zmienić życie, a te rady koleżanek, aby zaciskać zęby i trwać w związku z mężczyzną, który zapewnia bezpieczeństwo ekonomiczne, po ludzku mówiąc utrzymuje żonę w zamian za wikt i dach nad głową można potłuc o kant dupy, poczuła się, jakby nagle pozbyła się pęt z nóg i dwudziestokilowego kamienia uwiązanego na szyi.
Pozbierała najpotrzebniejsze rzeczy i aby nie okazać się wyrachowaną, zostawiła również prezent, który dostała na ostatnie imieniny od męża i napisała na kartce, którą przymocowała magnesem do lodówki – wyjeżdżam z nadzieją bezpowrotu.
Niech się dzieje co chce, może będzie lepiej, a może gorzej, ale niech się dzieje. Kiedy napisała o swej decyzji do Waldemara on również postanowił całkowicie zmienić swoje życie. Aby to zrealizować, obydwoje potrzebowali miejsca dostatecznie oddalonego od osób mających na nich największy wpływ, a więc zarówno mamy Waldemara jak i męża Blondyny. Pani Emerytka w sumie miała wpływ dobroczynny a nawet nieco oczyszczający, ale o tym nie ma co przypominać, w końcu nie częstowała Waldemara tym roztworem do czyszczenia protez tylko sam się go napił, kiedy mu zaschło w gardle.
Ale nie ma co nawracać, nie takie głupoty człowiek wyczynia w życiu i przynajmniej na stare lata ma co wspominać. (Na stare lata mówię, a nie teraz sobie przypominać jak to było z tym płynem).
Kiedy zrozumiał, że nie może żyć bez Blondyny, postanowił działać, bo nie sztuka iść na tory w ramach użalania się nad sobą i nad całym niedobrym światem, ten okres już minął i tak naprawdę kładąc się na tramwajowych torach to się tylko ośmieszył, co zresztą teraz nie miało żadnego znaczenia
Waldemar nie miał zbyt wielu osobistych rzeczy bo wolał nie mieć, niż się męczyć aby mieć. Komputer był rzęchem pamiętającym czasy, gdy użytkownik przechodził od tyłu grę w Mario coś tam i nikt by za ten komputer nie dał więcej niż pięćdziesiąt złotych, odzieży miał niewiele, butów dwie pary, no nic, kompletnie nic, co by można było sprzedać na gwałt. Mógł sprzedać nerkę ale bał się zastrzyków a bez znieczulenia to by go raczej bolało, mógł również wziąć kredyt z Sępowidenta, ale to bolałoby jeszcze bardziej, bo ponoć tam się już nigdy nie da spłacić, odsetki rosną szybciej niż dziecko w pierwszym roku życia. Czyli drugie tyle czy więcej?
Myślał, myślał, wreszcie za ostatni grosz kupił butelkę wódki i poszedł do męża swej jedynej normalnej kuzynki. Bez butelki nie mógłby otwarcie opowiedzieć o swym szczęściu w nieszczęściu, tym bardziej, że u kuzynki była już jego matka i z pewnością zdążyła opowiedzieć własną wersję, a o miłości na pewno nic nie powiedziała, bo matka w miłość nie wierzyła, to co miała mówić.
Rysiek czując, że tym razem sprawa jest naprawdę poważna uznał, że człowiekowi należy pomóc i pożyczył Waldemarowi tysiąc złotych.
***
Blondyna szła wąską ścieżką prowadzącą wzdłuż torów. Już dawno urwały się kółka w jej walizce, niosła ją więc na plecach uginając się pod ciężarem i odpoczywając co kilka kroków. Była zmęczona długą podrożą a do miejsca, gdzie miała dotrzeć, było jeszcze daleko. Do budynku położonego na wzgórzu prowadziła stroma droga i to ostatnie podejście odebrało Blondynie resztę sił.
Jeszcze jadąc tu, miała nadzieję, że Waldemar będzie już na nią czekał, ale on jechał autostopem i nie dotarł, bo musiał w Nowym Sączu w zamian za podwózkę rozładować samochód napakowany po kokardę warzywami w siatkowych workach, każdy wór ważył chyba z dwadzieścia kilo i Waldemar pod koniec nie wiedział nawet, jak się nazywa. Ale za to nie musiał wydawać pieniędzy na autobus, a w jego wypadku liczył się każdy grosz bo na spisie nie zarobił wiele, a prawdę mówiąc nie zarobił wcale, obrażeń i siniaków spowodowanych nieporozumieniami nie można liczyć po stronie zysków.
***
Waldemar zaklepał dwuosobowy pokój ale nie zrobił przelewu, nawet najmarniejszej zaliczki. Blondyna miała jakieś pieniądze, uregulowała więc należność za dwa dni. Pokój był przestronny, szerokie łóżko zachęcało jak na razie do wypoczynku, bo o niczym innym kobieta nie marzyła. Tylko prysznic, coś zjeść i spać. Stała pod strugami gorącej wody czując, jak spływa z niej zmęczenie i stres. Kiedy już się wykąpała, zawinięta w ręcznik stanęła przy balkonowych drzwiach i spojrzała przez okno. Jak tu pięknie – westchnęła myśląc, że mogłoby to być jej miejsce do życia.
Wokół jak okiem sięgnąć były wzgórza porośnięte gęstym lasem, w dole błyszczało zakole rzeki, gdzieniegdzie wśród lasu widać było polany, na których stały kopki siana. W oddali widać było rozrzucone po stokach domki, most i szyny kolejowe przecinające miasteczko na pół. W świerkowych gałęziach zanosił się świergotem jakiś ptak, poza tym było cicho.
Tymczasem Waldemar latał po Muszynie jak opętany i szukał jakiegoś planu miasta, mrucząc pod nosem
Gdzie jest ta ulica
Gdzie jest ten dom
Gdzie jest ta dziewczyna
co kocham ją..
Obleciał rynek ze dwa razy, przeszedł przez most, zawrócił, poszedł pod kościół, zawrócił, wreszcie znów znalazł się na przystanku, gdzie wysiadł kilka godzin temu po podróży pełnej przygód. Usiadł, złapał się za głowę bo przecież Blondyna już tam pewnie na niego czeka, a on, mając całkowicie rozładowany telefon, nie może do niej zadzwonić. Powtórzył jeszcze raz refren piosenki aż siedzący obok góral, czekający na busa zainteresował się i spytał – chłopie, a cegóz tak sukos?
Ogrodowej – sapnął Waldemar.
A to prosto a potem na lewo – wskazał uprzejmie góral machając niedbale ręką w kierunku postoju taxi. Ruszył więc Waldi przed siebie i szedł, szedł, aż pod wieczór doszedł do Krynicy.
Blondyna zdrzemnęła się i odświeżona i wypoczęta zeszła do jadalni. Była pora kolacji. Wśród zastawionych stolików uwijał się chłopak, roznosząc wazy z zupą. Na niektórych stolikach stały zostawione przez gości naczynia. Blondyna automatycznie zaczęła je zbierać i odnosić do kuchni. Kelner tylko spytał w biegu – ty jesteś ta nowa? To bierz się za zmywanie! I pobiegł dalej, a Blondyna posłusznie zaczęła zmywać. Stała przy zlewie myśląc, ze byłoby fantastycznie, gdyby dostała tu pracę, bo przecież gotować i sprzątać potrafi, to żadna filozofia, w domu robiła to cały czas a tu by jej jeszcze za to płacili.
Zapadła noc, kiedy Waldemar stanął przed zamkniętą bramą pensjonatu i zaśpiewał triumfalnie
Znalazłem ulicę
Znalazłem dom
Znalazłem dziewczynę
Co kocham ją!!!
Dziewczyna siedząca w recepcji zaniepokoiła się, widząc na monitorze przekazującym obraz z podjazdu dziwnie zachowującego się człowieka i na wszelki wypadek zadzwoniła na policję, że jakiś wariat stoi pod bramą i wyje.
***
Rysiu dzieci nie ma, tak wyszło, i obchodzić się za bardzo z dziećmi nie umie. Takich całkiem małych się trochę boi, przedszkolaki lubi choć powtarza, że są męczące jak młode psiaki a starszych dzieci nie zna i nawet nie wie, jakie te dzieci teraz są. I stało się - siostra Krysi musiała wyjechać na cały miesiąc i komu powierzy swój skarb największy, perełkę ukochaną, swojego synusia - no komu, obcym? A w życiu, tylko siostrze rodzonej! Tak więc pewnego wakacyjnego dnia wujek Rysiek przysłuchiwał się ostatnim poleceniom szwagierki i tylko klął pod nosem - kalekę z dziecka robią!
Bo do listy zakazanych potraw i napojów doszła lista nakazów tak długa, jakby Julianek był ciężko chory. Spacer tylko za rękę, i tylko rano i po południu, jak będą upały to najlepiej niech nie wychodzi z domu. Zawsze nosić dla niego soczek albo wodę mineralną niegazowaną, niech nie biega, nie chodzić z nim w takie miejsca gdzie jest dużo ludzi bo tam łatwo złapać jaką infekcję, na basen tylko taki gdzie jest ozonowana woda..no jasny szlag, co ta baba nawymyślała!
Gdy po rozdzierającym serce pożegnaniu mamusia Julianka wyszła, chłopiec został ulokowany w przeznaczonym dla niego pokoju a Rysiu zaczął wypytywać żonę - Kryśka, ale on na pewno jest zdrowy? -zdrowy jest, tylko tak na niego chuchają bo jedynak.
- Julek lubisz jeździć na rowerze?
- Nie wiem, bo nigdy nie jeździłem - odezwał się dziecięcy głos zza drzwi.
- Jak to, to nie dostałeś na komunię roweru, to co ci sanki kupili?- Rysiek nie mógł w to uwierzyć, aż się wkurzył bo pamiętał, ze niedawno z powodu wiadomej uroczystości wręczał mu pamiątkę z równo poukładanymi banknotami, starczyło by na solidny rower i jeszcze do tego kask.
Mama mi nie pozwala jeździć na rowerze - wyjaśniło dziecko.
- Taki stary chłop a nie umie jeździć na rowerze, wstyd! Rysiek się wkurzył jak nie wiem co.
Na drugi dzień przyprowadził skądś mocno zdezelowany dziecinny rower, odkręcił pedały, ściągnął łańcuch, obniżył siodełko tak, aby Julek dostawał do ziemi nogami i zablokował sznurkiem kierownicę. Kryśka się zaczęła rzucać, że będą się z dzieciaka śmiali, jak go chce uczyć to niech za nim biega i go trzyma i takie tam babskie wtrącanie, ale Rysiek popukał się w czoło, bo gdzie on będzie biegał za rowerem, zawału by dostał albo coś, co innego jakby dziecko miało cztery lata ale ma dziesięć to niech się samo uczy!
Wyszli na pusty plac i zaczęła się nauka. Najpierw Julek opanował ruszanie z miejsca i jazdę prosto, nawet mu się to podobało. Potem zjeżdżał z niewielkiej górki i podobało mu się jeszcze bardziej. O wodzie zapominali i pili po drodze te słodkie ciemne gazowane napoje, które lubią wszystkie dzieci, ale Kryśka a tym bardziej jej siostra o tym się nie dowie nigdy. Tak dzień po dniu ćwiczyli jazdę, aż któregoś dnia Julek dostał od wujka kask i rower ze wszystkim, bo miał już opanowaną jazdę, hamowanie i pojęcie o zachowaniu się na rowerze między ludźmi. Wystarczyło dwa tygodnie a chłopak godzinami jeździł z innym dziećmi po parku jakby robił to od dawna.
Aż któregoś dnia lało i nie można było wyjść na rower. Julek siedział w swoim pokoju i zawołał na Rysia - wujek, chcesz wiedzieć co dostałem na komunię?
- No pewnie że chcę - Rysiek był bardzo ciekaw. Wszedł i zobaczył otwarty laptop.
- To dostałem!
Rysiek nie interesował się komputerami bo był nienowoczesny, więc tylko machnął ręką - e, to nie dla mnie. Na co Julek odpowiedział z chichotem - taki stary chłop a nie umie obsługiwać komputera, wstyd!
Za kilka dni z niewielką pomocą siostrzeńca Rysiu wysłał swojego pierwszego maila.
***
Wyszło szydło z wora! Rysiu wcale nie jest taki poczciwy i sympatyczny! Wprost przeciwnie, jest cyniczny i choć sam od bardzo wielu lat cieszy się miłością swojej Krysi i kocha ją jak nie wiem co to innym w miłości by bruździł!
Rysie mieszkają na drugim piętrze a na pierwszym mieszka matka Marianka i Marian, kawaler z przymusu, bo co się która panna na nim wyznała to go zostawiała bez żalu. Raz nawet jedna o mało co mu się nie oddała z głupoty, ale na szczęście doznała cudownego ocalenia i Maryjanka zostawiła w cieni miliarda róż, które jej obiecywał. I tak biedak dożył czterdziestki, porzucany przez kobiety które kochał przeważnie platonicznie i przez Internet, choć zdarzało mu się też kilka ognistych romansów gwałtownie zdmuchniętych przez okrutny powiew rzeczywistości. A rzeczywistość była taka, że z Mariana był leń i pijak i żył jak niebieski sęp od renty do renty i od zasiłku do zasiłku.
Rysiu Mariana nawet lubi ale pamiętajcie, że Rysiu nie lubi tylko lidera pewnej partii oraz swojej szwagierki, więc ta sympatia to nie jest nic szczególnego – ot - sąsiedzi, którzy czasem wypiją piwko, obejrzą mecz na tym pięknym wielkim telewizorze od Kryśki, pogadają o byle czym i się rozchodzą. Aż pewnego dnia Marian z gębą ucieszoną i oczami jak latarnie oznajmił Rysiowi, że się zakochał! W pięknej Gośce, znanej obydwu panom od dawna. Jak to w Gośce jak Gośka ma chłopa i dwoje dziecek, Marian pogło cię?
Rysiu jako człowiek uczciwy i wyczulony na kradzież był przerażony bo wspomniał słowa dziadka - uschnie ręka którą wyciągasz po cudze, oj, uschnie! A co uschnie, jak się wyciąga po cudzą żonę?! Ale wiadomo - miłość i sraczka przychodzą znienacka, więc Rysiu zapytał naiwnie, kiedy ta Gośka uciekła od chłopa, bo nic o tym nie słyszał a przecież Kryśka o takich rzeczach by wiedziała pierwsza.
Nie uciekła i nie ucieknie, bo choć miłość kwitnie to się nie da ze względu na dzieci - oznajmił zmieszany Marian, a Rysiek na to palnął - czyli ze względu na pieniądze, bo Gośka nie pracuje i nawet jak by dzieci zostały z jej chłopem to ona i tak by się musiała w końcu chwycić roboty bo matka z renty to dwoje was nie wyżywi?
Marian się wkurzył bo to głupie gadanie, co ma miłość do żywności? Trzasnął drzwiami i nie pokazywał się kilka dni, aż pewnej nocy w mieszkaniu Rysiów zadzwonił telefon. To dzwoniła Gośka, cała w nerwach, że od paru godzin usiłuje się dodzwonić do Mariana który ma wyłączony telefon, nie ma go na gadu gdzie się codziennie o tej porze spotykają więc na pewno coś mu się stało. Zaspany Rysiu nie bardzo rozumiał o co chodzi.
- Jakie gadu, nie znam takiej knajpy, to jakaś nowa? Dopytywał się aż Krysia odebrała mu słuchawkę i dość długo uspokajała rozhisteryzowaną Gośkę. W końcu spytała - Małgosia a skąd ty dzwonisz bo taki dziwny pogłos?
- Z łazienki! – usłyszała niecierpliwe usprawiedliwienie i uświadomiła sobie, że przecież w mieszkaniu Gośki jest jej mąż i ona musiała się zakonspirować w kiblu.
- Idź kobieto spać, Marian lubi popić i wtedy jest niekontaktowany, jutro koło południa będzie znów gotów na wszystko - wyjaśniła znajomej.
- Wyśmiewacie się z nas bo nam zazdrościcie, a Rysiek też jest cynicznym chamem, Mariano mi wszystko powiedział, przez niego pewnie poszedł pić! – rozbeczała się jeszcze Gośka do słuchawki zanim się rozłączyła.
Rysiu się wnerwił bo męża Gośki zna, to chłop porządny tylko zarobiony od rana do nocy, a Gośka siedzi w domu już 12 lat i się nudzi, dzieci podrosły i za bardzo nie ma co robić więc urządza sobie rozrywki internetowo- seksualne!
Ja tam pójdę i mu wszystko powiem, wygna ją z domu i będą z Mariankiem szczęśliwi i weseli skoro się tak kochają i żyć bez siebie nie mogą - odgrażał się nie mogąc zasnąć. Uspokój się w tej to chwili, nigdzie nie pójdziesz, co ona zrobi jak on się z nią rozwiedzie albo od niej odejdzie, z czego będzie żyć, no co, co się chcesz wtrącać?- Kryśka studziła jego głupie pomysły.
- Za rogi go nie przytrzyma, fakt!- mruknął Rysiu, wtulając się w ramię żony i zasnął.
***
Krysia pochodzi z miasta i całe życie mieszka w mieście. Na wsi była kilka razy, ale co to za wieś Zabierzów czy Ojców, rolnika tam nie uświadczysz! Resztę zna z telewizji i z okien pociągu. Rysiu natomiast pochodzi ze wsi, wyprowadził się do miasta zaraz po podstawówce bo najpierw poszedł do szkoły z internatem, potem mieszkał w hotelu robotniczym a jak się ożenił z Krysią to już nigdy nie myślał o powrocie na wieś.
Rysiu od jakiegoś czasu myślał o pokazaniu żonie swych rodzinnych stron, ale zawsze jakoś schodziło- a to praca, a to inny wyjazd, i tak czas płynął, aż tego lata w końcu podjęli decyzję- jadą, zatrzymają się u kuzyna, który ich tyle razy zapraszał i nigdy nie skorzystali z tego zaproszenia a znają się tylko z wesel i pogrzebów. Nie uczęszczane ścieżki zarastają, czas je przetrzeć!
Kiedy tylko Kryśka powiedziała o tym swojej matce i siostrze, zaczęły jej dokuczać.
- Po co tam pojedziesz, tam wrony zawracają bo nie mają gdzie dalej lecieć, taki koniec świata, pekaes pewnie jeździ raz na dzień, do najbliższego sklepu z 5 kilometrów a w tym sklepie konserwy, papierosy, cukier i sól! A pod sklepem siedzi komisja z kółka różańcowego i spisuje protokół każdego dnia co kto kupił, z kim przyszedł i czy znów w ciąży a jak nie w ciąży to pytają dlaczego nie. Do kościoła się ubierz w garsonkę a jak nie masz garsonki to sobie kup, i Rysiek w garniturze niech idzie, bo was od razu obgadają!
Krysia się zmartwiła i postanowiła nic więcej im nie mówić, ale to zdanie o garsonce utkwiło jej w głowie bo skojarzyła to z rozmową w pracy, gdzie koleżanki dzieliły odzież na „kościelną” i „powszednią” a ona nigdy nie pojmowała różnicy.
Jeszcze trzeba było kupić prezenty a najtrudniej coś wybrać dla nieznajomych dzieci. Bo może grę komputerową, ale czy oni tam na wsi mają komputer? A film, tylko czy mają odtwarzacz dvd? Rysiek się tylko śmiał, bo on dla kuzyna prezent kupił dawno i zajęło mu to zaledwie 5 minut a Krysia robi zamieszanie jak by jechała do Ameryki. Książki im kup - rzucił w końcu – światło mają, czytać potrafią! Jeszcze tylko prezent dla gospodyni a potem Krysia zaczęła kompletować odzież dla siebie. Istny cyrk! Bo nie wiedziała, czy będzie musiała pomagać w polu, a jeśli tak to potrzebne gumowce i coś na głowę, i jaka tam droga jest, czy da się chodzić w szpilkach (innych butów nie ma, tylko klapki na basen, reszta wszystko na obcasie więc trzeba kupić jakieś tenisówki)
Rysiu a czy oni mają łazienkę? – zapytała ostatniego wieczoru pełna obaw.
- Nie wiem, u nas się chodziło do wychodka przez podwórko, ale to było w starym domu 30 lat temu, a u Andrzeja nie byłem to nie wiem jak tam mają. Nic ci się nie stanie, parę dni wytrzymasz nawet jak nie ma łazienki a jak nie wytrzymasz to wrócimy do domu, nie musimy zostawać - uspokajał ją.
Podróż była niezwykle przyjemna choć długa, mijali pola po których dostojnie spacerowały gromady bocianów i stada krów i Krysia widziała to na żywo pierwszy raz w życiu, bo w jej mieście bociany są z gipsu i reklamują jakąś firmę.
Wreszcie wieczorem dojechali na miejsce. Było już ciemno, gdy wjechali na obszerne podwórze. Z domu wybiegli gospodarze witając ich serdecznie i prowadząc do domu. Właściwie to nie był dom, to był przepiękny dworek z kolumnami od frontu, z salonem wielkości średniego mieszkania w bloku. Rysiowie zostali zaprowadzeni do gościnnego pokoju na piętrze, gdzie spokojnie mogli się odświeżyć po podróży. Gdy zeszli na dół, w jadalni czekali już na nich gospodarze. Rysiu wręczył kuzynowi prezent i jak się okazało, gospodarz ten trunek cenił sobie najbardziej więc się ucieszył. Zasiedli do stołu, jedli, pili, wspominali dawne czasy i nie wiadomo kiedy zrobiła się druga w nocy, a tu rano trzeba wstać do obory bo krowy nie wiedzą że jest niedziela, trzeba je nakarmić, wydoić, posprzątać, a potem na mszę do kościoła. Jeszcze po kropelce i się rozeszli.
Rysiek obudził się koło szóstej tak jak zawsze gdy wstaje do roboty i zobaczył, że Krysia już nie śpi. Postanowili więc zwiedzić obejście. Ubrali się i zeszli na dół. Wyszli tylnym wejściem na podwórko wielkości przyzwoitego parkingu przed marketem. Przed nimi stał niski budynek długi na dobre kilkadziesiąt metrów. Ryśkowi opadła szczęka na widok olbrzymiego ciągnika, stojącego tuż obok i z tak rozdziawioną gębą szedł dalej. Weszli do środka budynku, z którego słychać było odgłosy bydła. Właśnie skończył się udój, w pomieszczeniach wyłożonych kafelkami błyszczały tanki z mlekiem (tak je nazywał pracownik w białym fartuchu) a gospodarz na drugim końcu obory rozwoził widłowym wózkiem paszę.
- Po śniadaniu idziemy do kościoła, jak tam Rysiu - kac męczy? – spytał, a Rysiu zaprzeczył, bo po pierwsze – nigdy się nie upijał a po drugie – na kacu by do kościoła nie szedł. Pani domu zeszła na dół w spódnicy, bluzce do kompletu i żakiecie, i wówczas Krysia jęknęła - zapomniałam o garsonce! To w czym ja pójdę do kościoła?!
Były to dla nich najmilsze dni, spacerowali po okolicy, Rysiek odnajdywał miejsca z czasów dzieciństwa, spotykał dawnych kolegów i rozmowom nie było końca.
W drodze powrotnej żona go spytała - Rysiu, czy chciałbyś teraz mieszać na wsi?
- A ty Krysiu byś chciała? – odpowiedział jej pytaniem.
- Nie, nie chciałabym, mają wszystko i do tego świeże powietrze, i tak ładnie, ale mam wrażenie, że do wszystkiego daleko, ja lubię ruch, miasto, sklepy, zauważyłeś jak tam jest cicho i ciemno w nocy? U nas nigdy nie gasną światła. Pięknie tam jest ale ja bym tam nie chciała żyć. Na co Rysiu odpowiedział - to ja też nie, bo Ciebie by tam nie było.
***
Kochana Ciociu Wandziu!
Piszę do Ciebie bo Ty jedna zrozumiałaś mój krok. To znaczy rozumiałaś, dlaczego porzuciłam męża mojego i z jedną walizką, u której urwały się kółka, pojechałam w góry. Ja się już przy mężu czułam gorzej jak w grobie, ciągle musiałam mu usługiwać i jego mamusi a za to nie miałam nawet dobrego słowa. Przeciwnie, nawet nie mówili do mnie po imieniu tylko Blondyna, jakby kolor moich włosów był warzniejszy od całej mojej osoby. A ja mam tak pięknie na imię. On się ostatnio śmiał ze mnie, że jestem stara jak przydrożna kapliczka i się sypię, to niby miał być kąplement i dowcip, i miałam się śmiać. Chyba z siebie, że tak długo na to wszystko pozwalałam. Innym razem jak byłam chora i nie ugotowałam obiadu to się śmiali, że służąca umarła i leży pod schodami. To wszystko nic, ja to znosiłam bo męża kochałam i świata poza nim nie widziałam, a jego matkę szanowałam bo przecież to była matka mojego męża, ale oni mnie mieli za nic i nic nie umiałam zrobić dobrze. Ani wyprać, ani posprzątać, ani ugotować! Więc to, że się zakochałam, to nie była moja wina bo potrzebowałam miłości i niejedna kobieta odeszła od męża, mówi się trudno i kocha się dalej.
Kochana Ciociu! Tu się stał cót! Ja zostałam przyjenta tu do pracy i wszystko robię tak jak w domu, myję podłogi, szoruję garnki, obieram ziemniaki i co trzeba to to robię a jeszcze dostaję za to pieniądze i nikt mi nie mówi, że to źle a to niedobrze.
Pewnie jesteś ciekawa czy się zeszliśmy z Waldemarem. On mieszka w Krynicy u takiego murarza, z którym układa kostkę brukową, ma osiem złoty za godzinę i łóżko w takiej przybudówce, robi cały tydzień i tylko niedzielę ma wolne ale ja w niedziele pracuję tesz i żadko się spotykamy. Ja nie chcę z nim na razie mieszkać bo nawet nie mam rozwodu a on chyba chce, bo codziennie wieczorem pisze do mnie esemesy jak bardzo chce.
Jednego chłopa miałam niedobrego a teraz widzę, że ten Waldemar to jest dość nawet taka życiowa niedojda to się muszę zastanowić, bo ja się za szybko zakochuję a jak miłość przeminie i z tego klęczenia zostanie tylko to układanie kostki brukowej to mu może przejdzie i się wróci do swej mamy, bo oni tacy są, mieszkałam parę dni u tej pani Lucyny to wiem co mówię, by mi się trafiło jak kólą w płot. Wolę być tak jak teraz, sama sobie panią a jak mnie kocha to pokaże, czy ważniejsza miłość i wytrzyma na kolanach przy tych chodnikach.
Ja mu nigdy nie mówię nie, ale nie tak jak wcześniej, żeby żyć miłością na cudzy koszt i się nie przejmować bo miłość najważniejsza. Tutaj pogoda jest nie wiem jaka bo nie mam czasu się patrzyć przez okno, wczasowicze przychodzą ubłoceni to ciągle mop i mop.
Kochana Ciociu, ja Ci napiszę więcej jak chcesz, ale myślę, że Cię nudzę to nie wiem, czy pisać. A teraz pozdrawiam Cię serdecznie i napisz mi, czy zrobiłaś to z kimś wreszcie, Ty wiesz co! Pszepraszam za błendy. Zafsze kochająca Iwonka.
***
Pani Emerytka, jak do tej pory posunięta niestety tylko w latach systematycznie wyjeżdżała do sanatorium dla poprawy stanu ciała i duszy. Tym razem trafiła na Krynicę, co ją jednocześnie i ucieszyło, i zmartwiło. Niedaleko bowiem Krynicy, w Muszynie, rozpoczęła nowe życie jej ulubiona przyszywana siostrzenica Iwonka, niesłusznie nazwana przez wszystkich Blondyną, jakby kolor włosów był stanem umysłu, choć niektórzy nazywają tak również kobiety lżejszego prowadzenia. Blondyna nigdy się lekko nie prowadziła tylko miała gorące serce i oddawała się z miłości, ale to nie o tym dziś będzie tylko o kuracji Wandzi. Czas wreszcie zapamiętać imiona tych pań, mają przecież charaktery, zajęcia, a nawet niektóre z nich mają namiętnych kochanków, to jak tak można, żeby nie miały imion. Niektórzy z tej opowieści imion nie mają ale łatwo ich poznać po rogach.
Z dwoma walizkami, parasolką, torebką, plecaczkiem i oczywiście młotkiem, który stanowi nieodłączną część bagażu już pod Hawaną opuściła Wandzia autobus pośpieszny który z Krakowa do Krynicy mknął jak strzała równe pięć godzin i ludziom przyrosły tyłki do siedzeń w tych korkach i gdyby nie radio M, którego słuchał kierowca, to poumieraliby z nudów. A tak to nauczyli się pokory. Postojów nie było, sikać się chciało, zebrała więc sprawnie swoje rzeczy i znając kurort na pamięć poszła przed siebie.
Nagle chodnik, którym chodziła od tylu lat urwał się. Jak kraj długi i szeroki wszyscy uparli się wymieniać chodniki, i tu też! Ciągnięta walizka z rozpędem wtoczyła się w stertę piachu a Wandzia chcąc ominąć przeszkodę wykonała niezgrabny skok i wylądowała na plecach klęczącego robotnika, który układał kostkę.
Ojapierdolę! - Jęknął robotnik, a Pani Emerytka odruchowo zaczęła macać wokół siebie bo ten głos poznałaby w środku nocy, nawet, jakby miała promile z całej butelki wina we krwi.
- Ty cholerny zboczeńcu! – Wrzasnęła i walnęła na oślep młotkiem do układania kostki, który udało się jej wyrwać robotnikowi z rąk.
- Zrobiłeś na mnie pułapkę w środku kurortu czy co?
Waldemar z trudem się pozbierał, podniósł ciotkę (ja ci dam ciotkę!) otrzepał z piachu i spytał – a ciocia do mnie czy do Iwonki? Bo jak do mnie to zapraszam, mamy jedno wolne miejsce w pakamerze, a jak do Iwonki to trzeba się przesiąść na busa do Muszyny.
- Kuracjuszką jestem, do sanatorium przyjechałam, nie do was. A ty co, bawisz się w piasku tym razem, chłopczyku?
Waldemar zacisnął zęby, wyrzucił na chodnik walizki, parasolkę, reklamówkę z włóczką i drutami i gwiżdżąc przez zęby znaną powszechnie piosenkę o starych babach padł na kolana. Nie, nie dziękował za przyjazd cioci, pracę miał klęczącą.
Ta piaskownica wyglądała jak kuweta i Wandzia uświadomiła sobie, że jak nie pobiegnie w tej to chwili to będzie musiała sikać gdzie popadnie.
Przypilnuj mi tych rzeczy – poprosiła (nawet grzecznie jak na nią) i popędziła zaciskając nogi do miejsca, gdzie miała spędzić najbliższe trzy tygodnie.
Nigdy nie była w tym budynku, dlatego od razu w recepcji zapytała, gdzie jest stołówka, bo wiadomo, koło każdej stołówki musi być kibel, nie każdemu udaje się to sanatoryjne żarcie gładko przełknąć.
Tymczasem Waldemar przydźwigał jej rzeczy i ułożył koło recepcji mówiąc, że to tej pani, która nie trzyma moczu, co natychmiast zostało odnotowane bo jest to ważny powód skreślenia z listy kuracjuszy. Tak, tak, nie tylko za pijaństwo, jazdę na łóżkach po korytarzach, a także uwodzenie palacza w kotłowni na węglu, nie myślcie sobie. Za sikanie w majtki również można z sanatorium wylecieć.
Kiedy Pani Emerytka załatwiła te wszystkie formalności, które załatwia się na samym początku kuracji, mogła wreszcie zakwaterować się w pokoju i rozpakować swój dobytek.
Jak pozwolicie to będzie dalej. Jak nie pozwolicie to też będzie dalej bo czuję atak wiadomo czego. Będę dopisywała tutaj bo od tyłu źle się czyta.
***
W pokoju zakwaterowana już były Henia, niska, z ufarbowanymi na kolor słomy włosami urzędniczka, która od razu się przedstawiła „Henia - pozwolenia na zabudowę” oraz Mirka, młoda dziewczyna cały pisząca sms.
Miejsca w szafie było tak mało, że połowę rzeczy musiały trzymać w walizkach. Mirka zajęła tylko jedną półkę ale Henia samej biżuterii miała z pięć kilo, różnych korali, wisiorów, bransoletek, kolczyków, do każdej kreacji inna a kreacje z cekinami, ze złotymi nitkami, gorseciki, tiule, atłasy, jak to wszystko zaczęła wieszać w szafie to Wandzia, mająca wieloletnie doświadczenie w sanatoryjnych sprawach mimo zmęczenia energicznie podniosła się ze swojego łóżka i zarządziła – w teatr się tu bawić będziemy? Do walizki z tym, w szafie mają wisieć rzeczy na co dzień, te kostiumy wyciągać tylko jak będą potrzebne.
I tak się zaczął konflikt, który trwał calutkie trzy tygodnie.
W tym miejscu muszę przyznać, że Pani Emerytka wykazała się jak mało kto w tym miejscu trzeźwym rozsądkiem i właściwą oceną sytuacji. Kierowało nią nie tylko doświadczenie, ale również znajomość pewnego środowiska, w którym spędziła całe życie zawodowe i przez całą drogę do kurortu wzdychała – aby tylko nie trafić na nauczycielkę. Sama, mając za sobą wieloletni staż pracy w szkole wiedziała, jak trudno jest powstrzymać się przed pouczaniem innych gdziekolwiek się jest. Nie sądziła jednak, że urzędniczki gminne też mogą czuć powołanie do wkurwiania ludzi od rana do nocy. Wybaczcie wulgarność, tylko w taki sposób Pani Emerytka potrafiła określić sposób zachowania Heni.
Zanim dostały od lekarza skierowania na zabiegi, Henia zdążyła już opowiedzieć kilku osobom historię swojego życia, podzielić się spostrzeżeniami na temat współlokatorek oraz pożyczyć od kogoś złotówkę na żelazko. Potem już zawsze pożyczała drobne, nigdy ich nie oddając. Na lody, na jabłko, na spinkę do włosów, na tacę w kościele, na bilet autobusowy, zawsze znalazła jelenia, tłumacząc się brakiem drobnych. Ten typ tak ma – albo nie ma drobnych, albo ma kartę a przecież kartą nie zapłaci na ulicznym straganie. Pod koniec turnusu powiedziała zresztą, że nie ma pieniędzy bo kupiła sobie kożuch u górala, a z pustego to i salmonella nie naleje. Nie wiedziała, że salmonella to jest to, co trzeszczało w sałatce z majonezem ale nikt jej nie chciał poprawiać, i tak zawsze wiedziała lepiej, w końcu była gminną urzędniczką.
Kiedy Henia stroiła się na dancing rozpoznawczy dziwiąc się, że współlokatorki nie idą wraz z nią, przez myśl jej nie przeszło, ze nie idą bo nie chcą być na tej samej imprezie co ona, zmęczone jej bezustannym świergoleniem. Mirka co prawda demonstracyjnie zatkała sobie uszy słuchawkami ale to niewiele pomogło, bo Henia ciągle domagała się czegoś nowego, ciągnąc ją za rękaw bluzy. Troszkę lakieru do włosów, zielony cień do powiek, i czy włożyć bolerko czy raczej marynarkę, i czy złotą czy czerwoną, i czy buty na koturnie czy na obcasie i tak równe dwie godziny. A Wandzia tylko wściekle dźgała drutami, aż spostrzegłszy, co zrobiła, wściekła się jeszcze bardziej bo to wszystko co udźgała musiała spruć, ocieplacz miał chyba z pół metra głębokości. A pamiętacie, co to było za rękodzieło? Nie, nie czapeczki dla Smerfów.
Nie ma co się stroić, tu nie ma kogo podrywać, trzech dziadów impotentów na całe sanatorium, jeden ledwo włóczy nogami, drugi leser alkoholik erotoman gawędziarz a trzeci przyjechał z żoną – Wandzia usiłowała uświadomić rozentuzjazmowaną współlokatorkę, która będąc w sanatorium pierwszy raz miała nadzieję, że się nadzieje na jakiegoś przystojniaka i zwiąże się z nim na całe życie.
Dni i noce mijały na zabiegach, spacerach, piciu wody i bieganiu do toalety. Aż któregoś dnia Henia przyszła z wypiekami na twarzy mówiąc, że się zakochała w przystojnym robotniku budowlanym. Było to tak – Henia szła na spacer i nie miała się do kogo odezwać a to jest bardzo smutne i przykre, taka samotność, więc mijając pracujących robotników przystanęła przy nich wdzięcznie opierając swą zgrabną nóżkę obutą w złoty sandałek na koturnie o krawężnik i powiedziała: dzień dobry, a co przystojni panowie tu budują? Na co przystojny pan odparł – sracz będzie, bo nie wszystkie kuracjuszki zdążą od autobusu dolecieć do kibla, niektóre sikają gdzie popadnie! Po czym padł na kolana w stertę piachu i wyglądał niesamowicie romantycznie więc nie ma się co dziwić, że się Henia zakochała.
Pani Emerytka przerwała wściekłe śmiganie drutami i czujnie uniosła głowę znad robótki.
- Wyglądał jak zboczeniec? – spytała dla formalności, bo przeczucie nie myliło jej prawie nigdy.
- Niektóre emerytki to tylko o zboczeńcach marzą – strzeliła focha Henia lakierując piąty raz w dniu dzisiejszym włosy. To już dwa tygodnie tu jesteśmy, chyba czas je umyć – westchnęła. A szamponu zapomniałam, i co by tu zrobić.
Od tej pory Henia każdą wolną chwilę poświęcała na stanie koło chodnika i molestowanie wiadomo kogo.
***
Mirka, siedząc na szerokim parapecie okna na półpiętrze, zwierzała się przez telefon, prawie płacząc.
- Mamusiu, ona nie pierze tylko wietrzy, wiesza te elastyczne przepocone sweterki w oknie i w pokoju tak śmierdzi, że się nie da wytrzymać. Nie kąpie się, wieczorem ściąga skarpetki i wkłada je do butów a rano w tych smrodach idzie na gimnastykę. Mamusiu, ona od dwóch tygodni ani razu nie umyła włosów, mamusiu, przyjedź po mnie!
Dziewczyna otarła łzy i spostrzegła stojącą kilka schodków wyżej Panią Emerytkę, która z pewnością słyszała przynajmniej część tej rozmowy.
- Chodź, dziewczę, coś na to poradzimy we dwie!
Wandzia nigdy nie miała córki, ale dziewczęce łzy wzruszały ją zawsze i powodowały natychmiastową chęć pomocy. I tym razem widząc zasmarkaną Mirkę postanowiła wreszcie coś zrobić z tą Henią, bo uprzejmość uprzejmością, ale ile można wytrzymać? Żeby tak jeszcze Henia miała zapisane kąpiele lecznicze to by się od czasu do czasu musiała wykąpać co by ją odświeżyło i tym samym poprawiło napięte stosunki w pokoju, ale nie, Henia miała zapisane zabiegi na łokieć i kolano.
Weszły do pokoju. Okno jak zawsze było zamknięte, bo Henia nie znosiła przeciągu. W powietrzu unosił się nieznośny smród niemytego ciała, przepoconej odzieży, nigdy nie pranych butów pomieszany z drażniącym zapachem perfum o nazwie „curara”. Na klamce okna był wieszak a na nim wisiały sweterki i bluzeczki przeznaczone do wietrzenia. Pod łóżkiem Heni walały się buty z powtykanymi do nich skarpetami.
Wandzia szarpnęła klamką okna, otworzyła je na całą szerokość, zdecydowanym ruchem złapała wieszak ze sweterkami, wyrzuciła go na zewnątrz i patrzyła, jak spada miękko na krzak rosnący na dole. Potem wzięła parasolkę i wydobywała nią spod łóżka kolejne buty, które jednym uderzeniem wyrzucała przez otwarte drzwi na korytarz. Ostatni, ciężki, na solidnej platformie, trafił właścicielkę, która właśnie wracała z posterunku przy chodniku, prosto w bolące kolano.
- Co się tu wyczynia?
Halny halny zerwał się, halny halny zerwał się – zanuciła pozornie bez związku Mirka i łapiąc swoją kartę zabiegową i klucz, wybiegła z pokoju.
- Świnia się nie myje i żyje ale człowiek nie świnia, Heniu, tyle razy delikatnie ci się dawało do zrozumienia ale ze zrozumieniem masz kiepsko, to się doczekałaś, albo robisz z sobą porządek albo wynoś się z tym nieporządkiem.
Wandzia na wszelki wypadek trzymała parasolkę w dłoni bo nigdy nic nie wiadomo. Raz pada deszcz a innym razem ktoś pluje, parasolka na taką okoliczność zawsze się przydaje, nawet nie rozłożona.
- Biednemu to zawsze piach w oczy – rozpłakała się Henia bo nieszczęścia chodzą stadami i właśnie przed chwilą dowiedziała się od przystojnego robotnika układającego kostkę brukową, że takich kuracjuszek to on może mieć więcej jak jest kamieni w Popradzie, ale on ma swą jedyną ukochaną najpiękniejszą na świecie Iwonkę. Więc dlatego płakała całą drogę bo się poczuła odepchnięta a nie odwrotnie, a tu jeszcze drugi cios ze strony współlokatorki, która sama popuszcza w majtki, tak przynajmniej ktoś kiedyś mówił więc coś w tym musi być.
- Kto popuszcza w majtki? No chyba cię już całkiem szatan opuścił! - Wandzia walnęła ostatniego buta parasolką ale Henia widząc przelatujący pocisk uchyliła się. But trafił w kogoś ze zgromadzonych ciekawskich, którzy zdążyli się zebrać w korytarzu.
- Wszyscy wiedzą, że nie trzymasz moczu i dlatego tu tak śmierdzi! – Henia zatriumfowała, ale tylko na chwilę bo taka zniewaga to za wiele. Pani Emerytka brzydziła się brać za te niemyte dwa tygodnie kudły, więc do wyrażenia oburzenia wykorzystała parasolkę. Henia przed chwilą porzuciła nadzieję na romans w kurorcie, miała więc w sobie tyle emocji, że rozładowała ją kopiąc, drapiąc i plując i wyobrażając sobie, że nie jest to Pani Emerytka, nie, to ten podły robotnik, który na koniec sypnął jej piachem i złym słowem a ona chciała mu oddać serce i nie tylko. Tak walczyły wściekle aż rozdzielił ich wezwany na pomoc patrol straży miejskiej, bo nikt inny się nie odważył wejść dobrowolnie w to kłębowisko.
Dyżurna pielęgniarka kazała się obu paniom zgłosić po wypis w trybie dyscyplinarnym. I tak się nieszczęśliwie skończyła kuracja w tym roku.
***
Pewnego dnia (a wcale to nie był dzień piękny) Rysiu poszedł z kolegami na wódkę. Było zimno, ciemno i gwałtownie, wokół wszyscy zasmarkani i kaszlący więc powód do dezynfekcji jak najbardziej racjonalny. W robocie dostali jakieś dziwne i niespodziewane pieniądze których było za mało żeby się nimi chwalić a w sam raz żeby przepić więc postanowili to właśnie zrobić. A do tego były imieniny Janka. Jasiek ma często imieniny i dziś właśnie też postanowił je obchodzić i postawić pierwszą wódkę z tej okazji, potem to już poszło bo toastów było wiele.
Po pierwsze – Rysiu! Bo on pił z kolegami raz na dwa lata albo rzadziej, wykręcał się pantoflarz jeden i uciekał do domu po jednym piwku, a dziś nie, wypił pięćdziesiątkę i za chwilę oczy mu się zaświeciły jak migacze w ukochanym polonezie więc kumple polewali mu karniaka za karniakiem.
Po drugie – za kobiety co tuszą kuszą! Tak się złożyło, że wszyscy już mieli za sobą co najmniej kilka lat spożycia małżeńskiego i ta miłość była coraz bujniejsza wraz z okrągłymi rocznicami i ślubu, i ślubnych.
Po trzecie – za kawalerskie czasy! Dla Rysia te czasy były tak odległe, że zaczął z rozrzewnieniem wspominać co się wówczas śpiewało i wkrótce przez gwar pijacki przebił się baryton: „Niezłomny jest Związek Republik Radzieckich Ruś wielka na setki złączyła je lat.” a potem - „snowa zamierła wsio do rascwieta” a na koniec gromko „kalinka kalinka” aż kumple zamówili mu szybko coś do jedzenia aby przestał śpiewać bo przypomnieli sobie, że na imprezie integracyjnej te śpiewy Rysiu zakończył „Anielskim Orszakiem”.
Kiedy śpiewak się posilał, ktoś krzyknął – zdrowi pięknych pań, może jakie przyjdą! - i to było hasło do odwrotu, bo przypomnieli sobie, że czas najwyższy ruszyć do domu. Mieli na tyle rozumu we łbach aby zamówić taksówkę i odwozili się po kolei, nieco zdziwieni, że Rysiu ma bramę na żetony. Tak przynajmniej twierdził prosząc aby mu pożyczyli jak najwięcej złotówek.
Stał przy wejściu i usiłował wrzucić pieniążek do dziurki od klucza, wreszcie ktoś wychodził i drzwi się otwarły, choć były zadziwiająco wąskie i trudno mu było w nie trafić. Tak samo klatka. Trzymając się ściany wspinał się po schodach, które nie miały końca. Dotarł do drzwi i znów nie wiedzieć czemu usiłował do zamka wrzucić złotówkę, aż Krysia otworzyła z pytaniem – człowieku a co ty wyczyniasz, gdzie masz klucze? Wszystko na żetony, od dziś wszystko na żetony kochana – wymamrotał, zrzucił buty, marynarkę i potoczył się prosto do łazienki, gdzie wszedł pod prysznic. Prysznic na monety też nie działał, wobec czego Rysiu rozebrany do połowy doszedł do pokoju i z ulgą położył się na kanapie. Krysia usiłowała mu ściągnąć spodnie ale odegnał ją pełnym oburzenia okrzykiem – odejdź kobieto ja mam żonę i ją kocham nad życie!
Ranek był koszmarny. Na ławie stał wazon z kwiatami, w których nie było wody. Chyba ją wypił nocą, nie pamięta, ale śniła mu się lodówka na żetony, więc nie szedł nawet do kuchni tylko sięgnął po to co było najbardziej dostępne. Koło kanapy stała butelka z mineralną, napił się i pobiegł do łazienki. Zielony na twarzy wyszedł z niej po długiej chwili i zaczął grzebać w szufladzie z lekami. Krysia, co jeszcze mi może ulżyć przed śmiercią? – zapytał, pokazując aviomarin, stoperan i tabletki od bólu głowy. Na głupotę nie ma lekarstwa, chodź do kuchni, ugotowałam żurek – odpowiedziała najlepsza na świecie żona.
W pracy długo zastanawiali się, do czego Ryśkowi w ten pamiętny wieczór były potrzebne złotówki aż ktoś załapał - w pubie gdzie odbywała się wyżej opisana impreza jest toaleta, do której można wejść tylko po wrzuceniu złotówki a Rysiu w pijackim stanie uznał, że wszystkie zamki tak właśnie działają.
***
W piątkowe popołudnie Rysiu wrócił do domu pociągający nosem i markotny. Zjadł obiad i położył się na kanapie oznajmiając – coś mnie bierze!
Dla Krysi nastał czas mobilizacji, bo chory mąż w domu wymaga troski i pielęgnacji, a chory Rysiu w domu wymaga świętej cierpliwości. Bo on nie pójdzie do lekarza, który by mu jeszcze przepisał zastrzyki albo coś w tym rodzaju, a może nawet skierował na jakie badania, kto wie, mało to się słyszy o tym, że poszedł chłop do lekarza prawie zdrowy a lekarz mu wynalazł chorobę na którą chłop szybko umarł?! Lepiej się kurować w domu, domowymi sposobami, a do lekarza iść w ostateczności, jak się na przykład złamie rękę albo coś takiego.
Wiedziona wieloletnim doświadczeniem poszła Krysia po niezbędne zakupy i przydźwigała: czosnek, cebulę, miód, maść rozgrzewającą, składniki na rosół i melisę. Melisę dla siebie.
Wniosła zakupy do kuchni i poszła do pokoju, gdzie ukochany mąż leżał zawinięty w koc po czubek głowy i oglądał telewizję.
- Przynieść ci coś? - zapytała z troską.
- Podaj mi kochanie termometr bo czuję, że mam gorączkę - poprosił. I jakbyś mogła to zrób mi herbaty z sokiem malinowym.
Kiedy Krysia wróciła z herbatą, Rysiu ze zbolałą miną oznajmił, że ma gorączkę, czuje się fatalnie i dobrze, że jest piątek to do poniedziałku może się jakoś wykuruje. Termometr wskazywał 37,3 kreski a przy takiej temperaturze ciała mężczyzna jest obolały, rozbity, wymaga starannej opieki bo sam nie jest w stanie nic zrobić oprócz trzymania pilota. (Kobiety doskonale to pojmują choć same mając katar po prostu biorą jakieś tabletki i nikt nawet nie zwraca na to uwagi. Choć czasem dopada nas jednocześnie katar, biegunka i miesiączka, wówczas jesteśmy niebezpieczne dla otoczenia.)
Poszła więc Krysia do kuchni siekać cebule na syrop – taką posiekaną cebulę zalewa miodem, stawia na kilka godzin i po kilku godzinach syropek gotowy. Tymczasem z pokoju rozległo się wołanie o kanapki z masłem i czosnkiem. Nawet dobrze, bo za jednym zamachem doszoruje ręce z tego zapachu czosnku i cebuli. Zrobiła kilka kromeczek, do tego herbatę z sokiem malinowym do popicia i zaniosła mężowi, który leżał jak Łazarz wśród porozrzucanych chusteczek, talerzyków z obierkami z owoców i papierków po cukierkach do ssania. Posprzątała ten bałagan i upewniwszy się, że Rysiu przeżyje do rana, poszła do sypialni. Jeszcze ją poprosił o poszukanie ciepłych skarpetek, które włożył do spania i o posmarowanie pleców maścią rozgrzewającą a potem został przed telewizorem tłumacząc się, że nie chce jej zarazić więc spędzi czas choroby sypiając na wersalce w dużym pokoju.
Jak się dziś czujesz? - zapytała go rano na dzień dobry.
Nie wiedział bo jeszcze nie mierzył gorączki, a gdy znów było 37,4 postanowił spędzić cały dzień na kanapie. Krysia krzątała się w kuchni – nastawiła na rosół bo rosołek dla przeziębionego jest najlepszym lekarstwem, pielęgnowała swojego chorego męża jak dziecko, przynosząc mu co jakiś czas rzeczy, których potrzebował. Po obiedzie czuł się trochę lepiej, ale w dalszym ciągu nie tak dobrze, aby jechać w niedzielę na imieniny do teściowej. Zadzwonili więc do mamusi z przeprosinami, że nie mogą, bo Rysiu zakatarzony, kaszlący, leży cały czas, nie, nie był u lekarza ale wie mamusia, on woli domowe sposoby i sam się kuruje, no, trudno, przyjadą innym razem.
Po tym telefonie Rysiu wyraźnie odżył, postanowił nawet zwlec się z kanapy ale Krysia była nieugięta – skoro jest chory to niech leży dalej. Bo się mamusia przejęła jego chorobą i mu przyjdzie postawić bańki!
***
Krysia pochodzi z miasta i jej mama też całe życie mieszka w mieście a Rysiu jest ze wsi i gdy zaczął „chodzić” do Krysi, jej mama była zła.
- Zabierze cię na wieś i będziesz orać z chomątem na szyi, oni na wsi tak uczą kobiety posłuszeństwa!
- A do tego są wszyscy pijakami, jak jeden mąż! On będzie leżał pijany a ona będzie rozrzucała gnój - dodała ze złośliwym uśmieszkiem babcia Krysi.
- Niech się mama nie wtrąca, nie każdy rolnik jest pijakiem a poza tym Rysiek nie jest rolnikiem tylko pracuje w hucie, i nie mówi się gnój tylko obornik – mama Krysi niespodziewanie zmieniła front i tak dzięki babci, która wtrącała się do wszystkich i do wszystkiego Rysiek zyskał sobie pierwsze przychylne słowa teściowej.
Nie było mu łatwo bo zaraz po wojsku został w mieście i był sam, musiał przyzwyczajać do całkiem innego życia a życie w wynajętym mieszkaniu dzielonym z kolegami może i było doświadczeniem, ale niekoniecznie jest się czym chwalić.
Na przykład te wszystkie sprzęty gospodarstwa domowego poznał dopiero w domu Krysi i babka miała wtedy z niego uciechę, aż z radości stukała laską w podłogę. Bo na wsi mieli kuchenkę na węgiel i na dole była szuflada, do której można było wrzucać drobne śmieci nadające się do spalenia. U Krysi w domu kuchenka wyglądała trochę inaczej ale szufladę miała w tym samym miejscu i Rysiek raz czy dwa napchał tam papierów a gdy go babka zapytała po co to robi odparł zgodnie z prawdą – do spalenia! Nie zwrócił po prostu wcześniej uwagi, że kuchenka jest na gaz bo się przecież po jej kuchni nie miał prawa pałętać.
- Chciał nas wysadzić w powietrze i do tego puścić z dymem, jak bym nie dopilnowała to już by było po nas – opowiadała potem sąsiadkom, które wiedząc, jak lubi przesadzać nie wierzyły do końca w te sensacje.
Młodzi nie mieszkali długo z teściami bo choć miejsca było pod dostatkiem to życie z babką pod jednym dachem było nie do zniesienia a Rysiek jako „obcy” był pod szczególnym nadzorem.
Za to mama Krysi widząc, jak córka jest szczęśliwa i jak zięć jest w nią zapatrzony, pokochała go jak syna i starała się to okazać, specjalnie dla niego szykując różne smakołyki i choć Krysia bigosu nie lubiła to mama gotowała go i mroziła, aby zięć miał na zapas. Nieraz między paniami dochodziło z tego powodu do sprzeczek, bo Krysia nie zamierzała tyrać na dwóch etatach tylko dzieliła obowiązki domowe równo, co jej matkę raziło.
Ale ten Rysiek jest głupi że ci okna myje – stwierdziła pewnego razu.
- Nie jest głupi tylko dobry i pracowity i nie myje tych okien mnie tylko nam – Krysi nie było przykro bo dobrze wiedziała, że jej tata nigdy niczego w domu nie zrobił, był od zarabiania pieniędzy i matka nawet nie wyobrażała sobie, aby chłop mył okna czy podłogę.
To prawda, pilnuj go bo taki chłop to skarb – mówiła, a Krysia się stroszyła – a ja to co, zła jestem?
Tak więc między teściową a zięciem nigdy nie dochodziło do żadnych nieporozumień i nawet, kiedy Rysiek zachorował i teściowa mu stawiała bańki, to robiła to tak delikatnie, że nadstawiał jej plecy z pełnym zaufaniem bo wiedział, że chce mu pomóc.
***
Rysiek był przystojnym chłopakiem (przystojny jest nadal, tyle że chłopakiem przestał być dawno temu). Czarne włosy, piwne oczy, ciemna karnacja a w brodzie dołeczek, i teściowa czasem mówiła: – temu bozia dał urodę komu wetknął palec w brodę! Co miało znaczyć – ten przystojniak zniesie do piwnicy tonę ziemniaków w ciągu jednego popołudnia! Tak to przynajmniej Rysiu rozumiał bo za każdym razem jak kobiety coś od niego chciały to zaczynały od pytania - a czy nasz przystojniak..
Wcale mu to nie przeszkadzało bo i tak by nie pozwolił ani Krysi, ani jej mamie robić nic ciężkiego bo od ciężkiej fizycznej roboty jest w domu chłop!
Krysia nie miała powodu do zazdrości, ufała mężowi i nigdy jej nie przeszło przez myśl, że mógłby ją zdradzać, to raczej ona go czasem prowokowała chcąc, aby był choć odrobinkę zazdrosny.
Aż przyszła do pracy nowa koleżanka i zaczęła się chwalić, że się jej nie oprze żaden facet. Ma na nich takie sposoby, że najwierniejszy i najbardziej zakochany, stary czy młody, poleci za nią na jedno skinienie. Poleci i przeleci. Czyli jesteś lekka w prowadzeniu jak ten pusty wózek na sklepie - tę myśl Krysia zachowała dla siebie bo co się będzie wdawać w głupie dyskusje i się zajęła korektą faktury.
W sobotni wieczór zaczęła rozmowę wstępem „mężu mój ukochany” i od razu było wiadomo, że rozmowa będzie poważna.
Mężu mój ukochany, bo u nas w pracy jest taka Wioletka i ona twierdzi, że uwiedzie każdego mężczyznę – zaczęła.
- No i co, chciałabyś ją na mnie wypróbować? – Rysiek popatrzył zdumiony na żonę i pociągnął z kubka solidny łyk grzanego wina.
- To jasne że nie, ale powiedz mi, jak to jest, czy ty byś mnie zdradził? – bo ona jest naprawdę zgrabna, ładna i ja sobie pomyślałam, że mówi prawdę bo każdy facet by chciał mieć taką kobietę choćby na raz, powiedz mi, co one mogą wam takiego dać?
- Syfa! – odpowiedział Rysiu bez zastanowienia.
- Nie bądź wulgarny – poprosiła.
Po co by mi była inna jak mam najpiękniejszą na świecie – zapewniał ją jak zawsze i naprawdę tak myślał.
***
Rysiu się przygotowywał na ten szczególny wieczór od dawna. Kupił nie tylko prezent dla Krysi, kupił znacznie więcej.
Był niedzielny wieczór i tuż po wiadomościach Rysiu poszedł do łazienki się szykować. Wykąpał się, ogolił, wypachnił tą nową wodą, którą dostał rano od Krysi na Mikołaja.
Krysia była rozczarowana, że on dla niej nic nie ma, ale ją uspokoił mówiąc, że Mikołaj przychodzi wieczorem, trzeba niestety cierpliwie czekać. Myszkowała cały dzień w poszukiwaniu prezentu ale Rysiowi udało się wszystko sprytnie ukryć w łazience, w szafce za ręcznikami. Teraz był już gotów. W czerwonej czapce na głowie, przewiązany czerwoną wstążką przez biodra, z prezentem w zębach i z rózgą w dłoni wybiegł z łazienki wołając: hoł hoł hoł! Czy jest tu jakaś bardzo niegrzeczna dziewczynka?
Były i to nawet dwie. Bo w czasie, gdy Rysiu się szykował, przyjechała teściowa przywożąc ukochanym dzieciom prezenty.
***
W handlu są teraz żniwa i Krysia pada na twarz ze zmęczenia a jeszcze po pracy chciała by zrobić w domu to co wszyscy, czyli przedświąteczne porządki. Rysiu umie w domu zrobić wszystko, ale nie jest w stanie pojąć tej tradycji, bo po co pucować coś, co i tak jest czyste, po co czyścić od środka grzejniki, myć zamarznięte okna i dostać od tego zapalenia płuc albo cos w tym rodzaju, no, po co?
Na Kryśki oburzenie, że trzeba bo święta i zawsze się tak robiło i w tym roku też musi odpowiada – czysto jest! Bo to prawda. Nikt przecież nie zapuszcza brudem domu, sprząta się na bieżąco, pranie robi się prawie codziennie, w łazience wszystko lśni, w kuchni to samo, można jeść z podłogi, to po co się męczyć?
Dywan może wytrzepać, jak koniecznie chce i umyć lampę, ale nie odpowiada jak ją roztłucze tak samo jak dwa lata temu, bo to takie delikatne i kruche, ups, i już pęknięty klosik. I obrazów żadnych nie ściąga, jak sobie przypomni co było z obrazem u babki to mu się chce napić wódki, od razu flaszkę na raz by wypił, taka trauma z tym obrazem.* Krysia była zła ale zapowiedziała – to w takim razie obydwoje robimy porządki w sobotę i w niedzielę.
W sobotę rano Rysiu z wielce tajemniczą miną spakował podręczną torbę i zniósł do samochodu. Potem kazał Krysi, która już miała uszykowane gumowe rękawice i najpodlejszy dres, ubrać się wygodnie ale tak, by nie musiała uciekać na widok człowieka ani na jej widok też nikt nie musiał skakać przez rów i gnać na oślep do lasu (przesadził, ale ma chłop fantazję a ona do tego przyzwyczajona to się tylko znacząco popukała w czoło) bo jadą gdzieś, gdzie czeka na nich niespodzianka.
Krysia się z początku zapierała nogami i rękami, że ma dużo roboty i nigdzie nie jedzie, i on zawsze coś wymyśli bo mu się nie chce sprzątać ale wreszcie Rysiu jej zaczął zakładać prawie na siłę czapkę i kurtkę (swoją, roboczą) więc zgodziła się. Tylko się przebierze. Po godzinie już siedzieli w aucie. Po dwóch godzinach jazdy dotarli do miejsca, gdzie się kończyła droga. Rysiu zabrał z bagażnika torbę, zamknął samochód i poprowadził żonę prosto w las. Jak myślicie, że chciał ją zostawić na pożarcie wilkom albo coś to nic z tego, bo Rysiu żonę kocha nad życie!
Szli szli i dotarli do domku w lesie. Domek był cały z bali, miał solidny salonik, kuchnię z dobrze zaopatrzoną lodówką, sypialnię, łazienkę, ogrzewany był kominkiem. Przed tym kominkiem były dywaniki, które wprost zapraszały do..powiedzmy, wypoczynku przy ogniu, najlepiej we dwoje.
Spędzili fantastyczny weekend, w sobotę bawili się jak dzieci i nawet ulepili bałwana, w niedzielę byli na mszy w wiejskim kościółku, potem jedli przepyszny obiad w karczmie a kiedy wracali wieczorem do domu, Krysia czuła się szczęśliwa, wypoczęta a Rysiu tylko nucił pod nosem piosenkę, która się do niego przyplątała w karczmie „..dom ci jagód do dzbonecka bo jo cie kochom”..
* historia o obrazie jest tutaj
***
Krysia jest otrzaskana z komputerem i daje sobie radę i z płaceniem rachunków w internetowym banku, i z zakupami na allegro. Rysiu jest odporny i choć kiedyś nauczył się wysyłać maile i grać w kulki, to więcej nie potrafi nic. Tak samo ma z telefonem – tyle co pogada albo napisze wiadomość. Nauczył się pisać kiedy Krysia mu codziennie rano wysyłała sms „odpisz jak się dziś chcesz kochać” no, każdy by przecież odpisał! Choć jak już się nauczył to zamiast miłosnych sms częściej dostawał „kup po drodze śmietanę”.
Obydwoje mają telefon na kartę i z tym ładowaniem to jest cztery światy, bo Krysia swój ładuje przez Internet a Rysiu kupuje zdrapkę i się męczy, bo mu nie zawsze się uda wklepać pierdylion numerków i zatwierdzić tak, jak mu ta złośliwa baba z telefonu każe.
Pewnego dnia a raczej wieczorem Rysiowi się skończyła karta a chciał gdzieś zadzwonić, poprosił więc żonę, aby mu pożyczyła telefon. Krysia nie lubi pożyczać telefonu nawet rodzonemu mężowi, zaproponowała więc, że go nauczy obsługiwać stronę banku i sam sobie będzie uzupełniał konto.
- No chyba cię szatan opuścił – Rysiu był autentycznie przerażony taką propozycją bo myślał, że mu po prostu doładuje konto i na tym się skończy. Nie żeby Krysia była złośliwą babą, skądże, ale jak się ma okazję to nie ma co jej wypuszczać z pazurków, postanowiła więc ją natychmiast wykorzystać.
- Mężu mój kochany! – zaczęła i to oznaczało, że przemowa będzie dłuższa.
- Mężu mój kochany, a czy ty wiesz, co dziewczyny w gimnazjum albo licealistki robią za doładowanie telefonu?
- Nie powinnaś chcieć, abym wiedział takie rzeczy, ale wiem i mam nadzieję, że tak mnie właśnie zechcesz wykorzystać – odparł patrząc na nią znacząco.
Usiadła przy klawiaturze i po chwili usłyszeli charakterystyczny sygnał przychodzącej wiadomości.
- O pięć złotych? – Rysiu się wkurzył – Co mnie tak nisko cenisz, za pięć złotych to mogę pościelić łóżko i iść spać!
Kiedy go już wykorzystała za całe pięć złotych, z twarzą przy jego policzku wyjaśniła mu – bo to jest ważne zaledwie do jutra, więc jutro znów cię wykorzystam, chyba że wolisz za 50, czyli raz na trzy miesiące.
- Wiesz co, ja jednak wolę abonament!
***
Krysia rzucała palenie już od dziesięciu lat i za każdym razem szło jej lepiej. Za pierwszym razem postanowiła pozbyć się z domu wszystkich papierosów, popielniczek, zapalniczek, zapałek i innych akcesoriów związanych z paleniem. Wyrzuciła to wszystko do śmietnika, wróciła do domu i zabrała się za pranie firanek i mycie okien, żeby wreszcie w domu pachniało świeżością. Po dwóch godzinach pracy przypomniała sobie, że w tej białej torebce powinna mieć papierosa, i tak było. Znalazła go i postanowiła wypalić jako ostatniego w życiu. Ponieważ w mieszkaniu nie było żadnej zapalniczki, odpalała go nad gazem. Fuknęło, błysnęło, i blond grzywka gwałtownie poskręcała się na Krysinym czole..
W całej kuchni czuć było charakterystyczny smród palonych włosów i gdy Rysiu wszedł do domu, spytał tylko – nic ci się nie stało? Z tych nerwów wówczas poszła po papierosy i rzucanie palenia przeszło jej na jakiś czas.
Za drugim razem ogłosiła wszystkim, że właśnie rzuca palenie i żeby przy niej nikt nie palił. Kupiła sobie słonecznik, paluszki, landrynki, krówki, jabłka, kilo krakowskiej mieszanki, ptasie mleczko, zgrzewkę soków marchewkowych i zaczęła odwyk. Jak Rysiu wszedł do kuchni i zobaczył to żarcie na stole to zapytał – a co to za paśnik, wojna będzie?
- Rzucam palenie zaczynam jedzenie! – oznajmiła Krysia i rzeczywiście jadła, nie paliła i przytyła 10 kg a paliła dalej, tyle, że mniej.
Rysiu ją wspierał, kupował jej ciasteczka widząc, jak się męczy, szuka papierosów i słodyczy po całym domu i czuł się bezradny bo mu wyrzucała, że tyje przez niego. Wreszcie jej kupił plastry nikotynowe. Krysia wiedziała, jakie są drogie i postanowiła wytrwać za wszelką cenę, a poza tym wstydziła się już palić po tym wszystkim, co razem przeszli. Wielokrotnie sytuacja była naprawdę komiczna ale im wcale nie było do śmiechu. Na przykład wsiadała w samochód i jechała 20 km tylko po to, by zapalić sobie w takim miejscu, gdzie jej na pewno nikt nie zobaczy. Bo na strychu i w piwnicy popalała ciągle, jak uczennica z podstawówki, wstyd! A przecież Rysiu nie palił i choćby żuła po kilka gum na raz i perfumowała się nie do wytrzymania to i tak wyczuł, choć nic nie mówił bo co ją miał gnębić jeszcze bardziej skoro sama się gnębiła. Plastry nie pomogły, no, chyba, że zamiast na ramieniu zalepiała by sobie nimi buzię.
Aż pewnego ranka usłyszała, jak on kaszle. Nie palił, a kaszlał jak palacz, czyli tak, jak ona. I od tego dnia już nigdy nie zapaliła ani jednego papierosa.
***
Siostra Kryśki musiała wyjechać na tydzień i nie miała z kim zostawić psa. Czas chyba przypomnieć bo dawno nie pisałam o tej rodzince – siostra Kryśki ma na imię Oliwia, to znaczy od niedawna ma w dowodzie Oliwia bo sobie zmieniła, ale tak naprawdę to na chrzcie jej dali Stanisława. Rysiek twierdzi, że Staszka jest ładniej niż Oliwa bo miał takiego kumpla co na niego mówili „oliwa” bo strasznie chlał, ale to jednak chyba co innego.
Oliwka zabrała w podróż Juliana, swojego syna, ale psa nie mogła zabrać, więc poprosiła siostrę o pomoc, co to jest tydzień z takim ślicznym, mądrym, pociesznym, kochanym stworzeniem jak Dżolero? Krysia się zgodziła nawet nie pytając męża o zdanie, i tak się złożyło, że Oliwka przywiozła to swoje cudo kiedy Ryśka w domu nie było. Przywiozła również stertę rzeczy dla psa i zostawiła to wszystko w przedpokoju.
Już na klatce słychać było przenikliwy jazgot, a kiedy Rysiek wszedł do domu, zamiast „dzień dobry” wrzasnął – o kur.. i wyrżnął głową w wieszak, bo potknął się o ten cały majdan. Kryśka usiłowała mu powiedzieć, ale trudno jej było przekrzyczeć stworzenie, które zaciekle rzucało się do Ryśkowej ręki. Uszy jak nietoperz, oczy wywalone na wierzch, zęby też na wierzchu, nogi jak patyki a wszystko to razem mniejsze od kota, co to jest, jakiś Gremlin?! Rysiek wiedział, że siostra Kryśki ma psa, ale go nigdy nie widział na swoje piękne oczy, bo Staszka Oliwka imienin nie robiła (bo kiedy?) a jak się spotykali to raczej u nich albo u rodziców i dlatego był chłop tak zaskoczony.
Kiedy się wreszcie ogarnął, poszedł do łazienki i znów niespodzianka, bo tam kuweta! To w końcu to jest pies czy kot? – spytał.
-Pies, ale jest nauczony załatwiać się na pieluchę w kuwecie. Nie całkiem nauczony – Kryśka westchnęła wycierając kolejną plamę.
Pies to ma mieć smycz, obrożę, i na pole chodzić! – wkurzył się Rysiu.
Dżolero ma szeleczki, ale jak jest zimno to go trzeba ubierać i nosić, i smarować mu łapki wazeliną.
Rysiek tylko pokręcił głową, bo nie mógł uwierzyć, że można robić takie rzeczy, ale jak zobaczył psi różowy kubraczek z falbanką to zakazał Kryśce wychodzenia z tym nawet na klatkę.
Jeszcze gorzej było z żarciem, bo psina zęby ma do gryzienia ludzi po rękach i niszczenia wszystkiego wokół, ale żarcia sobie nie pogryzie tylko mu trzeba drobniutko kroić wołowinkę z warzywami, gotowaną, no, zgroza!
Wieczorem Krysia długo musiała Dżolera usypiać, tulić i uspokajać, bo tęsknił i piszczał za domem i panią, wreszcie zasnął na poduszce. Ryśka poduszce. A kiedy Rysiek chciał się położyć, pies zerwał się na równe nogi i od nowa jazgot, koszmar po prostu. Rano, a była to niedziela, małżonkowie przeszli jedną z najtrudniejszych rozmów. Rysiek mieląc kawę (mają taki rytuał – w niedzielny poranek piją ręcznie mieloną kawę) urwał korbkę młynka a zawartość szufladki wysypała się na podłogę.
Pies ma cztery nogi i chodzi sam, psa się nie nosi na rękach! Pies ma zęby i sobie żarcie gryzie! Pies ma futro i nie ubiera odzieży! Pies podnosi nogę i leje pod drzewko! To tu nie jest psem tylko dziwolągiem, zabieraj to coś z naszego domu do mamusi! Albo ja się wyniosę z domu na ten tydzień, bo mnie tu szlag trafi!
I nie było ani kawy, ani niedzielnego obiadu, tylko kłótnia.
***
Rysiu się boi dentysty jak diabeł święconej wody bo ma po mamie słabe zęby i od dziecka miał z nimi same kłopoty. Za komuny nikt się zębami nie przejmował i widok młodego człowieka bez jedynek nie był niczym szczególnym, chłopak bez zębów mógł powiedzieć, że dostał strzała na zabawie a dziewczyna no cóż, dziewczyna miała szerszą szparę po prostu. Przynajmniej nie było problemów z koślawymi zgryzem, bo jak co drugi wybity czy wyrwany to pozostałe miały miejsca a miejsca.
Rysiek doświadczył traumy w wojsku bo dentysta wojskowy znieczulenia nie używał a leczył Rysiowi kanałowo trzy zęby. Dwa z nich jednak mu pod koniec służby wyrwał, też bez znieczulenia.
Tym razem Rysia rozbolała trójka. Jak się idzie do dentysty raz na trzy lata albo rzadziej to zęby bolą! Syczał jak się napił czegoś zimnego i starał się gryźć drugą stroną, ale i tak czuł ból cały czas. Wódka pomagała na chwilę, tabletki pomagały na chwilę, nacieranie żelem dla ząbkujących niemowląt pomagało na chwilę i tak się Rysiu męczył dwa tygodnie aż wreszcie Krysia zarządziła – albo idziesz do dentysty albo Ci sama wybiję tego zęba młotkiem do kotletów! Po czym pokazała mu karteczkę, na której zapisana była data i godzina, czyli.. dziś za czterdzieści minut w tym nowym gabinecie dwie kamienice dalej. Młotka do kotletów mu nie pokazała.
Obraził się na nią, bo kto to widział tak podstępnie decydować, sam by się zapisał, a teraz cóż, nie ma wyjścia, no i jeszcze ten młotek do mięsa, co za baba niedobra! Ogolił się szybko, wziął prysznic, założył świeżą koszulę i poszedł.
Otworzyła mu jakaś licealistka, szczuplutka blondynka w okularach a Rysiu zaczął kręcić, że sumie to może by przyszedł innym razem bo prawie przestało go boleć tylko go żona wygoniła, dobra z niej kobieta tylko za dużo się wszystkim przejmuje.
Nie wiadomo kiedy przestał mówić, i już siedział a właściwie leżał, gębę miał rozwartą a śliczna licealistka, która jednak licealistką nie była siedziała za jego głową i delikatnie dotykała jego zębów. Od czasu do czasu coś do niego mówiła, ale on i tak nic nie słyszał bo tak się bał, że mu się robiło gorąco. Wreszcie skończyła. Musiał przyznać, że nic nie bolało, choć jego koszula była całkiem mokra od potu. A bolało dopiero, gdy płacił rachunek!
***
Krysia z Ryśkiem zostali zaproszeni na wesele córki kuzynki już dwa miesiące temu ale dopiero w tym tygodniu zaczęli się szykować, to znaczy Krysia zaczęła, bo Rysiek to zawsze gotowy, ogoli się, wyczyści porządnie buty, założy najpiękniejszą (według Kryśki) koszulę, dyżurny garnitur i gotowe. A jeszcze mu urody dodają te wybielone ostatnio zęby, z Rysia przystojniak się zrobił jak nie wiem co. Sąsiadka mówi, że wygląda jak Tony Soprano, to chyba dobrze? Może jej chodziło o te koszulki polo bo chyba nie o to, że łysieje?!
A Krysia nie miała co na siebie włożyć i się martwiła cały czas. W lecie to dużo lepiej coś wybrać, a w zimie na wesele iść nie wiadomo w czym. Chodziła po sklepach, mierzyła różne kreacje i była coraz bardziej zła na siebie. Wszystkie sukienki w rozmiarze 42 wydawały jej się brzydkie, czuła się w nich jak stara baba a w mniejsze się nie zmieściła! Wreszcie kupiła komplet – grafitową elegancką sukienkę z marynarką. Pozostało jej tylko dobrać dodatki i tu zaszalała – kupiła czerwone korale i buty też w kolorze czerwień najczerwieńsza.
Jak to zobaczyła mamusia to się tylko skrzywiła, bo w jej mniemaniu w czerwonych butach na takich wysokich obcasach chodzą wyłącznie prostytutki i to młode, ale to tak na marginesie.
W sobotni ranek Krysia pobiegła do fryzjera. Wróciła z wyrafinowanym kokiem, część włosów skręconych w zalotne loki opadało jej na kark i po bokach twarzy. Kiedy robiła makijaż, Rysiek mocował się z krawatem.
Podglądał ją, gdy się ubierała, zawsze to robił i dziś też się śmiał stojąc w drzwiach sypialni i naśladując mamusię „nie idź przypadkiem w pończochach bo cię podwieje”. Krysia tylko parsknęła śmiechem podciągając pończochę wyżej. Założyła te czerwone buty i stanęła przed mężem w samej bieliźnie pytając – o co chodzi z tymi czerwonymi szpilkami?
Pokazał jej o co chodzi i się trochę spóźnili na ślub. I choć po tym pokazywaniu Krysia nie miała ani koka, ani loków tylko proste, gładkie włosy to z tym blaskiem w oczach i wiele mówiącym uśmiechem wyglądała prawie tak pięknie, jak panna młoda.
***
Rysiu lubi gotować nieskomplikowane potrawy ale tylko wtedy, gdy Krysia mu asystuje. Krysia siedzi w kuchni przy stole albo na blacie (na blacie lubi bardziej) i Rysiu gotuje a Krysia opowiada, jak jej minął dzień.
Dziś Rysiu kupił drobiową wątróbkę.
A ty wiesz, że ludzie zwariowali i wykupują cukier jak za komuny? – zaczęła.
- My prawie nie używamy cukru, kilogram na miesiąc albo mniej – odparł, płucząc wątróbkę i czyszcząc ją dokładnie z żyłek. Potem zostawił ją na chwilę w zlewie na cedzaku, by ociekła i zabrał się za obieranie cebuli.
- Nie płacz kochanie, to tylko podwyżka cukru – zakpiła Kryśka majtając nogami. Spojrzał na nią przez łzy i powiedział pozornie bez sensu:
- Jakie szyny taka stacja.
- Ale o co ci chodzi, jaki to ma związek z cukrem?
- Żaden, masz po prostu piękne nogi, kochanie.
Obrał cebulę, obrał też te szare, kwaśne jabłka, które obydwoje lubili, pokroił i wrzucił na patelnię. Posypał wszystko tymiankiem i stał przy kuchence pilnując, by się nie spaliły.
Zapach smażonej cebuli i jabłek spowodował, że Krysia poczuła głód.
Głodna jestem, nie jadłam prawie nic przez cały dzień, taki był ruch. A jedna klientka przychodziła trzy razy po ten cukier i brała po dziesięć kilo. Jak się jej tak chciało dźwigać!
- Może bimber będzie pędzić – mruknął Rysiek i wrzucił na drugą patelnię wątróbkę, przykrył, aby nie pryskała. O, jakby tak to podlać brandy to by było niezłe, ale i bez brandy będzie dobre!
Po kilku minutach zdjął przykrywkę, smażył wątróbkę jeszcze chwilę, dodał jabłka i cebulę, wymieszał. Dopiero gdy uznał, że jest taka, jak lubią, czyli dobrze wysmażona, wyłączył gaz i doprawił solą i pieprzem.
Gotowe, można już jeść! – oznajmił. Chcesz do tego pieczywo? – zapytał.
Nie, dziękuję, buzi chcę! Pocałowała męża i usiedli do kolacji.
***
Krysia nie lubi chodzić do lekarza i nawet badania okresowe robi rzadziej niż trzeba. Tak raz na kilka lat idzie. Nie żeby o siebie nie dbała, nic podobnego, po prostu czuje się dobrze, nic jej nie dolega to po co ma iść. Przychodnie i szpitale zna raczej z filmów i seriali i kiedy pewnego dnia rozbolało ją coś w krzyżu, nie martwiła się o zdrowie tylko o to, że będzie musiała iść do przychodni. Bo ją tydzień już bolało i nie pomagało smarowanie maścią z reklamy, łykanie tabletek po których w telewizorze dziadek przenosił tonę cementu jedną ręką to nie ma zmiłuj się tylko trzeba iść. Rysiu zaniepokojony chciał z nią pójść, ale się nie zgodziła bo jeszcze nie jest umierająca, zresztą jak będzie umierająca to lekarz chyba sam do niej przyjedzie raczej! Taki miała nastrój, pewnie spowodowany bólem i złością, że samo nie przechodzi.
Rysiu cierpliwie znosił jej złośliwe docinki bo się martwił, a wiedział dobrze, że to uparta kobieta jest i w tym wypadku nie ma na nią sposobu.
- Zadzwonię do przychodni, do jakiego chcesz lekarza? – zapytał.
- Może być doktor House, doktor Burski albo doktor Oetker – warknęła Kryśka a Rysiu nie zastanawiając się nawet i ufając żonie zapisał szybko te nazwiska i wybrał numer przychodni. Było zajęte, nie dodzwonił się i chciał iść i zapisać żonę osobiście ale powiedziała, że sobie sama poradzi obiecując, że pójdzie na pewno. Poszedł więc do pracy.
Krysia siedziała przy komputerze wertując medyczne strony i była coraz bardziej przerażona. Najpierw wyszło jej, że ma chore nerki, to by się zgadzało, ten ból w dole pleców był taki, jak opisywali na forum. A może to nawet rak! U kogoś z forum tak się właśnie niewinnie zaczęło. Na kolejnej stronie z przerażeniem przeczytała, że to może być od macicy, a leczenie polega na jej usunięciu! Czytała jeszcze o różnych metodach leczenia, o smarowaniu, masażach, okładach, gimnastyce i nie wiadomo kiedy zrobiło się południe.
Siedziała przy komputerze, coraz bardziej przerażona, gdy w drzwiach stanął Rysiu zły jak diabli i powiedział:
- Leczysz się u doktora Interneta? Bo w przychodni nie przyjmuje żaden z tych, o których mówiłaś. Jesteś zapisana na czternastą, kochana, i idę z tobą.
***
W sobotę Rysiu musiał iść do pracy a Krysia miała wolne, obudziła się sama w łóżku i zrobiło się jej jakoś smutno. Leżąc myślała o tym, jak straszne by było życie gdyby tak już zawsze musiała w tym łóżku spać sama. I czy w ogóle możliwe jest zaśnięcie bez przytulenia się do szerokich pleców, bez dłoni szukającej tego miejsca na jego piersi, gdzie czuje się znajomy od lat rytm, bez tego gestu na dobranoc, gdy on przyciąga jej rękę do ust i mówi - śpijmy już kochanie moje..
Szarość przedwiośnia przygnębiła nie tylko Krysię, Rysiu też ostatnio chodził jakiś nieswój, z niepokojem oglądał prognozę pogody i narzekał, że nawet nie da się pojeździć na rowerze.
A tymczasem spędzał wieczory przed telewizorem coraz bardziej osowiały.
Krysia usiadła na łóżku, przeciągnęła się i postanowiła działać. Było paskudnie, padał śnieg z deszczem, wiało, a ona poszła na bazarek. Wróciła taszcząc siatki z zakupami i zabrała się do pracy a kiedy jej mąż wrócił do domu, wszystko było gotowe.
Rysiu wracając z pracy wstąpił po drodze do kwiaciarni i kupił bukiet żonkili. W taki paskudny dzień Krysia pewnie siedzi zawinięta w koc i popada w te swoje czarne myśli, może te kwiaty ją rozweselą.
Wszedł do domu i nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Pomylił Ci się kalendarz! – wykrztusił.
W oknach wisiały seledynowe tiulowe firanki, stół nakryty był żółtym obrusem. Na nim stały półmisek z faszerowanymi jajkami, waza z żurkiem i białą kiełbasą a koło wazy cytrynowa babka z lukrem.
Krysia była ubrana w..bezrękawnik wywinięty kożuszkiem na lewą stronę.
Dziś będę potulna jak baranek! – oznajmiła mężowi i zasiedli do kolacji.
Kilka godzin potem Rysiu leżał patrząc na uśmiechniętą twarz żony i pomyślał – mam baranka, który jest nie tylko potulny, lecz także gładki, słodki i gorący!
***
Siostra Kryśki, Staszka czyli Oliwka po zmianie imienia, przyszła się wyżalić na męża. Zamknęły się w sypialni i tylko od czasu do czasu było słychać krzyki Staszki czyli Oliwki. Rysiek szwagierki nie lubi z wzajemnością i żeby jej zejść z drogi, wolał wyjść z domu. Wszedł do sypialni żeby zabrać z szafy bluzę gdy Oliwka właśnie usiłowała się wbić w spódniczkę od nowego kostiumu Kryśki. Zawsze mierzyła nowe rzeczy siostry wzdychając, że na niej tak pięknie nie leżą.
- Szwagier nie umie pukać? – wykrzywiła się, a Krysia się roześmiała – umie, umie, nie narzekam! Rysiek zabrał bluzę i wyszedł bez słowa kolejny raz myśląc, że Staszkę to musiał ktoś teściom podrzucić, bo to niemożliwe, żeby siostry tak się różniły.
- Waldek jest podły, ja mu po prostu założę niebieską kartę – rozbeczała się Oliwka i szarpnęła suwak. Suwak nie wytrzymał i trzasnął, a Oliwka, czyli Staszka, rozpłakała się jeszcze głośniej.
- Nie rycz tylko opowiadaj co się stało – Kryśka miała na takie okazje półsłodkie mołdawskie wino i kieliszki, do którego wchodziło na raz pół butelki.
- Bo Waldek w domu nie chce zrobić nic, mogę go prosić miesiącami, żeby wymalował łazienkę albo przedpokój i się nie tknie, mówi, że na to pracuje i od tego są fachowcy. Kiedyś sam skręcił meble to wiesz, jak było krzywo? Drzwiczki się ledwo trzymały na zawiasach, co skręcił, to mu musiałam pokazywać, że źle! Wreszcie rzucił tymi kluczami i powiedział, żebym sobie sama skręcała jak wiem lepiej. No, jaki cham! Przy Julianku na mnie krzyczał!
Krysia podsunęła siostrze chusteczki, dolała wina i zastanawiając się, czy da się coś zrobić z tą dziurą przy suwaku spódniczki zapytała – a ty wszyjesz mi ten suwak?
- Nie jestem krawcową, nie wkurzaj mnie, wiesz jak nie lubię szyć, do Gośki trzeba zanieść – oburzyła się Oliwka czyli Staszka. I nie przerywaj mi, bo, to, co ci powiem, jest ważniejsze niż jakiś suwak!
Do mieszkania obok wprowadziła się sąsiadka i Waldek cham jeden podły poszedł do niej wieszać półkę. Najpierw przyszła pożyczyć wiertarkę i Walduś nagle rzucił się do pomagania, jak on u nas coś wieszał to ja o mało się przez niego nie powiesiłam na żyrandolu bo on nic nie umie zrobić jak trzeba, ale wyrwał się i poszedł. Dla obcej baby to by sobie żyły wypruł, a w domu nic!
Oliwka przestała wreszcie płakać i spytała – a gdzie Rysiek?
- A pewnie poszedł do Mariana z piwem.
- Masz w domu alkoholika, biedactwo! – Oliwka spojrzała smętnie na swój pusty kieliszek i nalała sobie resztę wina.
No i słuchaj co było dalej. Jak wrócił, to się zapytałam, kiedy wreszcie położy nowe kafelki w łazience a on mi na to, że nie umie. No, co to za chłop, co nie umie zrobić takiej prostej rzeczy, pytam się go?! A on mi na to, że jadł u sąsiadki faszerowanego łososia, a ja nie umiem zrobić porządnie żadnej ryby tylko mu daję raz w tygodniu filet z morszczuka utytłany w bułce i spalony na oleju, no co za świnia, ja mu gotuję, poświęcam się a ten mi potrafił tak powiedzieć! Ja mu założę niebieską kartę bo on się znęca nad rodziną!
Oliwka znów zalała się łzami. Rysiek zdążył już wrócić, otworzył drzwi do sypialni i powiedział – Krysia, zamknij okno bo ludzie sobie pomyślą, że was biję, te krzyki słychać na sam dół.
Oliwka czyli Staszka wycierając resztki tuszu z policzków łypnęła na Ryśka i znów zapytała – nie wiesz, że się puka?
Rysiek zamknął drzwi i mruknął sam do siebie – puka się, ale na szczęście mądrzejszą i ładniejszą z sióstr.
***
Krysia leżała w łóżku a Rysiu jeszcze był w łazience i śpiewał to swoje „siabada siabada mydełko fa” kończąc wieczorne golenie. Są faceci, którzy mają bardzo mocny zarost i Rysiu taki właśnie ma, goli się więc wieczorem aby nie drapać swej ukochanej żony, która drapania i kłucia nie lubi.
Krysia chodziła od wczoraj jak struta, smutna, spięta, wszystko leciało jej z rąk a chwilami popłakiwała.
- Czemu ona taka jest?- zapytała, gdy mąż już leżał w łóżku a ona mogła oprzeć głowę na jego ramieniu. Rysiu poczuł, że tego wieczoru w ich łóżku będzie kolejny raz ich troje, czyli oni i ciotka Genowefa.
- Za każdym razem, kiedy do niej idę, obiecuję sobie, że to ostatni raz a potem znów dzwoni i zaprasza więc idę widząc jaka jest samotna.
Ciotka Genowefa mieszkała sama i była już po siedemdziesiątce. Trzymała się nieźle ale narzekała na wszystko, odkąd Krysia pamięta. Przeszła na rentę dwadzieścia lat temu i od tego czasu żyła życiem innych. Wszystkich chciała poprawiać, aby ich życie było lepsze. Oliwka, czyli Staszka, siostra Kryśki, już dawno do ciotki nie jeździ nawet na imieniny. Skoro Rysiek twierdzi, że one są do siebie bardzo podobne to dlaczego się tak nie znoszą? Tego nie wie nikt. W każdym razie Staszka nie da sobą nikomu dyrygować i jak jej raz czy drugi ciotka zwróciła uwagę, że meble powinni postawić w innym miejscu to Staszka warknęła – mój dom, ja wiem najlepiej gdzie mi co pasuje! I tak za każdym razem, aż wreszcie przestały się odwiedzać.
A Krysia w takim samym przypadku się tłumaczy – ale ciociu my tu najczęściej siedzimy przy tym stoliczku i lubimy to miejsce. To ciotka jeszcze próbuje – ale jakby ta lampa była z tamtej strony to by było więcej miejsca. Krysia milknie, dawniej przestawiłaby lampę na chwilę, aby nie czuć już tej presji. Ale ciotka by zaraz znalazła inny przedmiot krytyki.
- Gdybyś nie dała tyle cukru do tego ciasta to byłoby lepsze! Dobre jest, ale za słodkie! Raz Rysiek palnął – ciasto bez cukru nazywa się bułka! Gdyby spojrzenie mogło zabić, Rysiek by wówczas poległ, na szczęście on się kompletnie tym nie przejął bo Krysine ciasta są przepyszne i tylko ciotka Genowefa wiecznie szuka sęków, czyli dziury w całym.
Krysia czuje się po takiej wizycie, jakby ją nawiedził wampir i potrzebuje kilka dni, aby wrócić do równowagi. Ostatnio była u ciotki bo ta znów prosiła, aby się spotkać. W jednym mieście żyją a widują się raz na kilka miesięcy, wstyd. Poszła więc i było jak zwykle, znów się ze wszystkiego tłumaczyła jak mała dziewczynka, znów Genowefa wszystko wiedziała lepiej.
W sypialni było ciemno i słychać było tylko chlipanie Krysi, gdy tuż koło ucha Ryśka zabrzęczał komar. Rysiek wstał, zapalił światło, rozejrzał się uważnie po ścianach i po chwili walnął zwiniętą gazetą w obrazek, na którym dostrzegł uciążliwego owada. Wrócił do łóżka.
- Kochanie, czy zastanawiamy się, po co komary utrudniają nam życie? Nie, nie obchodzi nas to. Biorę gazetę i tłukę. A teraz zamknę okno, aby nie przyleciał następny.
- Utłuczesz ciotkę Genowefę gazetą? – przeraziła się Krysia i to absurdalne zdanie rozładowało napięcie, które nosiła w sobie od wczoraj bo doskonale wiedziała, co chciał jej mąż powiedzieć.
A teraz chodź tu do mnie...zanucił Rysiu, przytulając się gładko ogolonym policzkiem do pleców swej ukochanej żony.
***
Krysia wałkowała ciasto na pierwsze w tym roku pierogi z truskawkami a Rysiek stał z koszulą w ręku i zastanawiał się, czy prasować czy zignorować te niewielkie zagniecenia, których prawie nie było widać, kiedy przyszła ciotka Lucyna.
Ciotka Lucyna była kuzynką mamy Krysi, mieszkała na drugim końcu miasta i odwiedzała ich dość rzadko, więc musiało się coś stać. Weszła do kuchni, usiadła na stołku i powiedziała do Krysi wskazując na ciasto – szklanką wycinaj to będą równe. Krysia się tylko uśmiechnęła i dalej cięła paski ciasta na dość koślawe kwadraty.
Rysiek zrobił cioci herbaty i już chciał się wycofać w bezpieczne miejsce czyli przed telewizor do pokoju, gdy usłyszał:
- Rysiu, ja do ciebie przyszłam.
Bo ty jesteś taki porządny chłop i już tyle lat robisz w jednej robocie to może byś załatwił tam u siebie robotę dla mojego Waldeczka? Bo on się stara ale z żadną pracą mu nie wychodzi, on po maturze i na komputerach się zna to mógłby pracować w biurze, do fizycznej się nie nadaje bo jest taki delikatny, ale teraz to ludzie jak te wilki, jeden drugiego by w łyżce wody utopił i co się dziecko ochodzi po tych urzędach, po tych biurach, to się do czegoś zawsze doczepiają i go nigdzie nie chcą. A to, że nie ma stażu, a jak ma mieć staż jak go nie przyjmą? A że z obsługi komputera to tylko gry i Internet a innych programów nie zna. A teraz, wyobraźcie sobie, dziecko się wystarało o pracę rachmistrza to go bandyci pobili. Żeby to jeszcze raz, gdzie tam, co przyszedł to pobity, pewnie to inni rachmistrze z zazdrości, że Waldeczkowi przypadł taki dobry rejon. Biedne dziecko jakie honorowe, nawet na policji nie był skargi nie składał a raz to przyszedł taki chory, z taką biegunką straszną, jakaś baba chciała go otruć. Ledwie go podleczyłam kleikami z ryżu i marchewki to jak poszedł to przyprowadził do domu jakąś wywłokę, macie pojęcie?
Starsza od niego z dziesięć lat, wyfarbowana na blond, jak się uwiesiła na nim to myślałam, że go zadusi, nic tylko się zamykali w jego pokoju nawet jeść nie wychodzili, Waldeczek przychodził do kuchni, nakładał na talerze i szedł z powrotem. Zwracałam jej uwagę, żeby się tak nie śmiała głośno bo mój synuś musi się wyspać ale co tam takiej powiesz, udaje, że nie wie o co chodzi. Wreszcie wygoniłam ją, to mój dom, mój syn i ja tu rządzę póki patrzę, jak umrę to sobie będzie mógł sprowadzać kogo będzie chciał a teraz fora ze dwora!
Jak poszła, z płaczem, to Waldek też poszedł i już go miałam szukać przez policję bo go długo nie było, ale wrócił, choć się do mnie nie odzywa, do tej pracy też już nie szedł, to nawet dobrze bo może znów by go kto pobił, to takie niebezpieczne, powinni mu dać obstawę, policję albo straż miejską!
Krysia nałożyła na talerz pierogi, polała śmietaną i podsunęła ciotce. Lucyna sięgnęła po cukierniczkę, posypała pierogi cukrem i zaczęła jeść, za to Ryśkowi jeść odechciało się całkiem.
Waldek to powinien sobie załatwić robotę za granicą, najlepiej w Ameryce! – palnął, a ciotka zakrztusiła się pierogiem i nie wiadomo było, czy płacze na samą myśl, że mogłaby zostać sama czy z powodu solidnego klepnięcia w plecy.
***
Myślę, że jestem winna moim ukochanym czytelnikom pewne wyjaśnienie, bo zaistniało coś, co wszystkich zdumiało, a ja o tym nie napisałam.
Kto nie pamięta to przypominam – Rysiek pożyczył Waldemarowi tysiąc złotych. Rysiek nie stracił rozumu, choć tak to wyglądało i jak macie cierpliwość, to doczytajcie, jak to było.
Lucyna, mama Waldemara, jest kobietą słynącą z pobożności i z oszczędności. Nie zawsze z tego słynęła, ale kiedy zaszła w ciążę i wyszła za mąż, postanowiła być wzorem cnót. Wyszła za mąż za dość przyzwoitego chłopaka, który powiadomiony o rychłym ojcostwie zrobił to, co należało zrobić, czyli oświadczył się i ożenił bo się dziewczyny z brzuchem nie zostawia, tak przynajmniej mawiał jego ojciec. Poznał więc Jerzy swoją żonę tak naprawdę dopiero po ślubie, bo wcześniej nie byli sobą zbyt mocno zainteresowani oprócz tych paru chwil uniesień. Raz i drugi po jakiejś imprezie, trzeci raz też tak jakoś, nawet nie ma co wspominać, i niespodzianka.
Ślub i wesele były jak z bajki, bo Lucyna marzyła od dziecka o białej sukni i limuzynie i o tym, by koleżanki popękały z zazdrości. Co prawda żadna z nich nie wybuchła, za to Lucyna przejęta i zestresowana prosto z wesela trafiła na porodówkę i urodziła Waldemara, dziecko wymagające większej troski niż te, które się rodzą o czasie.
Zajęta chuchaniem i dmuchaniem na potomka całkowicie odsunęła od siebie i dziecka męża, którego rola ograniczała się do zarabiania pieniędzy. Na nic były jego starania i protesty, wreszcie po dziesięciu latach nie wytrzymał żoninych prześladowań i odszedł. Jak przystało na porzuconą żonę i matkę Lucyna obnosiła się ze swoją krzywdą, z zemsty nie pozwalając mężowi widywać się z dziecięciem, mężowi, bo ślub zawarty przed ołtarzem nie został przecież unieważniony.
Jerzemu nie udało się pełnić roli ojca tak, jak chciał, jednak zawsze z daleka śledził losy syna. Rysiek z Jerzym był w dobrych stosunkach, bo Rysiek lubił wszystkich oprócz Oliwki czyli Staszki, i spełnił prośbę Jerzego, która brzmiała – Rychu, jakbyś czuł, że Waldkowi trzeba pomóc, to daj znać. Ja mu do ręki żadnych pieniędzy nie dam, ale tobie oddam, jeśli uznasz, że są mu potrzebne. Bo to przecież mój syn, jaki by nie był.
Dlatego Rysiek pożyczył Waldkowi tysiąc złotych.

Krysia lubi placki ziemniaczane z kwaśną śmietaną albo z sosem pieczarkowym a Rysiek nie bardzo bo on jest mięsożerny i samymi plackami się nie pożywi, chyba, że będzie do nich gulasz, czyli kawałki obsmażonego mięsa uduszone w smakowitym sosie.
Krysia robi czasem placki, które smakują obojgu i nie są tak pracochłonne. Trzeba pociąć na małe kawałeczki pierś z kurczaka, do tego zetrzeć grubo kilka dużych pieczarek i trochę żółtego sera, dodać dwa surowe jajka, dwie łyżki mąki ziemniaczanej, sól i pieprz i trochę natki z pietruszki. Wszystko wymieszać i smażyć na oleju tak, jak się smaży ziemniaczane placki. Żadna filozofia, dziecko by to zrobiło, ale siostra Krysi, Oliwka czyli Staszka, każdy przepis musi zmodyfikować po swojemu.
Oliwka chciała to jeszcze panierować i wyszły jej prawie mielone, innym razem znów dodała cebulę i paprykę i się jej to wszystko spaliło aż wreszcie doszła do wniosku, że pewnie Krysia jej dała zły przepis i więcej tych placków nie smażyła. Ale jeść lubi więc kiedy wpadła na kawkę do siostry i zobaczyła w misce gotową do smażenia masę, ucieszyła się i rozsiadła przy stole.
- Paskudnie to wygląda nie? – stwierdziła, patrząc na burą mieszaninę, która rzeczywiście apetycznie nie wyglądała.
Rysiek słysząc te słowa myślał, że chodzi o nowy kolor włosów Staszki czyli Oliwki i odkrzyknął z pokoju pocieszająco - nie przejmuj się szwagierka, włosy szybko odrastają a poza tym idzie jesień, założysz czapkę!
W ten sposób szwagierka już nie musiała pić kawy bo ciśnienie się jej samo podniosło i gdyby mogła, to by tego Ryśka zatłukła, po co jej bez przerwy głupio dogaduje, no?
Krysia usiłowała załagodzić sprawę i poprosiła – Rysiu, jak chcesz z nami pogadać to przyjdź tu a nie wtrącaj się jak nie wiesz o co chodzi. Przyszedł więc i usiadł na taborecie. Akurat Oliwka oglądała sobie zmarszczki w powiększającym lusterku. Zadowolona z siebie popatrzyła krytycznie na siostrę, która wokół oczu miała charakterystyczne kreseczki zwłaszcza, kiedy się śmiała, a śmiała się często.
- Musisz sobie na te zmarszczki kupić jakiś porządny krem – stwierdziła.
- Zmarszczki na twarzy kobiety są świadectwem wielokrotnych orgazmów – palnął Rysiek.
- Sam to wymyśliłeś?
- Nie ja, pewien aktor tak twierdzi.
Oliwka jeszcze raz obejrzała uważnie okolice oczu marszcząc czoło.
Rysiu, a jak myślisz, dlaczego kobiety udają orgazm – spytała Krysia. E, to stary kawał, bo myślą, że facetom na tym zależy – odparł Rysiek.
Faceci też udają – Oliwka odstawiła lusterko na kuchenny parapet i napiła się kawy. Udają udają, jak ma być mecz a nie ma w sypialni telewizora, to udają. Wstała i poszła do przedpokoju, gdzie w torbie wściekle dzwonił jej telefon.
Albo jak chodzisz pół dnia po domu z rozdartą na plecach halką – mruknął Rysiek, przypominając sobie opowieść szwagra, który kiedyś przy piwie stwierdził, że jego żona przechodzi przeobrażenia jak Fiona, poza domem jest elegancką Oliwką a w domu jest Staszką w podartej halce i strąkach na głowie.
Krysia podejrzliwie spojrzała na męża. A skąd ty wiesz, jak ona chodzi po domu, co? I czemu wy się bez przerwy kłócicie?
Rysiek nic nie powiedział, ale zawsze wkurzały go te docinki, Krysia była zbyt dobra, by nie widzieć złośliwości siostry ale on widział je bardzo dobrze. Dziś jej docięła o tych zmarszczkach, złośliwa i do tego bezczelna. Nic nie mówiąc poniósł do pokoju talerze i sztućce by je porozkładać na stole a Oliwka tymczasem widząc, że kotlecików wyszedł cały półmisek, szukała w szafce pojemnika, aby sobie te, co zostaną, zabrać do domu. Bo są pyszne!
***
Oliwka czyli Staszka przyprowadziła swojego synka Julianka do Krysi na przechowanie do końca wakacji. Całe wakacje dziecko siedziało w mieście bo Oliwka oszczędzała na operację. Za te pieniądze mogliby wyjechać we troje i byczyć się nad hotelowym basenem ze dwa tygodnie tak jak co roku, ale teraz Oliwka ma ważniejsze potrzeby. Postanowiła wreszcie zrobić coś dla siebie. Do tej pory cały swój czas podporządkowała mężowi i dziecku. No, siostrze i szwagrowi również, ale to się nie liczy, liczy się to, że mąż Oliwki ma w domu zawsze wszystko na czas, obiad podany, koszule wyprasowane, dziecko również zadbane. Julianek nie musiał nawet chodzić do przedszkola bo Oliwka poświęciła się dla rodziny.
Botoks, którym wygładziła sobie buzię, nie wystarczył jej do poprawienia urody na długo, ale na razie buzię sobie odpuści bo postanowiła zrobić wreszcie porządek z czym innym. Na twarz przyjdzie czas, są takie rewelacyjne złote nici, już Oliwka czytała o nich wszystko i na pewno sobie to kiedyś zrobi, ale teraz czas na tłuszcz na udach i kolanach – te wstrętne boczki, które widać na każdym zdjęciu, i te rozlazłe kolana wyglądające jak bułki.
Była już na konsultacji, ma termin i wszystko jest na najlepszej drodze, operacja w najbliższym czasie, to się nazywa fachowo liposukcja ale Oliwka mówi „operacja” bo tym prostym ludziom łatwiej tak zrozumieć.
Oliwka uważa, że każda kobieta powinna o siebie dbać i coś dla siebie robić, a Krysia mówi, że zmarszczki są naturalną koleją rzeczy, kobieta żyje, przeżywa radość, smutek, orgazmy, złość i płacz, jest szczęśliwa i nieszczęśliwa i to wszystko ma wypisane na twarzy, a twarz czterdziestolatki bez jednej zmarszczki wygląda jak lalka ze sklepu z zabawkami dla dorosłych. Co innego dbać, pielęgnować, a co innego dawać sobie obcinać skórę i przerabiać ciało jak starą sukienkę. Ale co ta Krysia może wiedzieć jak Rysiu kocha w niej wszystko i codziennie rano mówi, że jest szczęściarzem bo ma najpiękniejszą żonę na świecie?
Mąż Oliwki też nigdy nie powiedział żonie nic przykrego na temat jej wyglądu, choć się kłócą o co innego, o pieniądze, o wychowanie dziecka, o psa, który wszystko w domu gryzie i sika na dywan. O wygląd nie – przeciwnie, mąż Oliwki raczej martwi się, aby podczas tych zabiegów żonie nie stało się nic złego.
Rysiek lubi Julianka i się ucieszył, że chłopak pomieszka u nich trochę, ale Krysia długo musiała tłumaczyć mężowi, na czym polega ta operacja siostry a kiedy wreszcie zrozumiał, westchnął – szkoda, że jak ubywa odessanych komórek tłuszczowych to nie przybywa w głowie komórek mózgowych.
***
Kiedy w mieszkaniu Krysi i Rysia nie było jeszcze sypialni, małżonkowie spali na takiej rozkładanej kanapie, zwanej nie wiadomo dlaczego amerykanką.
Ciekawa jestem jak się czują mieszkanki Ameryki, gdy ktoś opowiada, że całe życie śpi na amerykance, no dobra, nie o tym chcę teraz pisać, może producent tych mebli miał jakieś wizje albo coś.
Wybaczcie zboczenia, jakoś tak nie mogę się skupić na jednym temacie bo co sobie pomyślę o tym Ryśku to mi to ich łóżko w głowie. Amerykanka, czyli składana kanapa wygląda tak – jak się ją złoży trzy razy to jest dwuosobową niepozorną kanapą, a jak się ją rozłoży, czyli wyszarpie na pokój za ten stelaż od spodu a to oparcie upchnie do dziury przy ścianie to powstaje dwuosobowe niestabilne łóżko, podparte rachitycznymi nóżkami, które lubią się byle kiedy składać. Same.
Na takim to meblu małżonkowie ćwiczyli w czasach młodości jogę użytkową, czyli Kamasutrę. Łatwo nie było, bo ta listwa podtrzymująca poduszki przy ścianie lubiła się urywać i bywało, że w najbardziej dynamicznym momencie Krysia wpadała do dziury, albo te nóżki kanapowe się nagle składały i kanapa w połowie upadała wraz z użytkownikami, co czyniło huk i nie tylko, bo stosunki przerywane, nie czarujmy się, jeszcze nikomu na zdrowie nie wyszły.
Ale ja nie o życiu erotycznym chciałam pisać tylko o tym, że Rysiek nie pozwala wieszać nic na ścianie, nic i koniec.
Bo nad tą kanapą Krysia pielęgnowała okazałą paproć na kwietniku, i proszę, nawet nie wyobrażajcie sobie, że pewnego pięknego wieczoru Rysiu znalazł kwiat paproci. Nie znalazł, nawet nie szukał, bo przecież ma już swój kwiatuszek najpiękniejszy na świecie.
A było to tak. No niestety, muszę jednak o tym co mi cały czas chodzi po głowie. Pewnego wieczoru Rysiu leżąc a raczej podpierając się na łokciach poczuł, że coś mu kapie na plecy. Zapytał nawet żonę, co tak chlapie, ale Krysia nic nie odpowiedziała, bo była zajęta. A kiedy nastąpił dość energiczny finał, kanapa złowrogo jęknęła a z góry spadła prosto, no, dobra, na plecy Rysia, doniczka z paprocią.
Teraz rozumiecie, że człowiek ma prawo bać się wiszących na ścianie przedmiotów.
***
Waldemar nie odwiedzał zbyt często swej ukochanej bo obydwoje ciężko pracowali i nie mieli wolnego ale sezon mijał i czas było podjąć decyzję – czy wynająć jakieś wspólne mieszkanko i zostać w górach czy wracać do miasta. Waldemar jeszcze nigdy tak długo i tak solidnie nie zasuwał jak przy tym układaniu chodników ale Iwonka mimo miłości była dość ostrożna i kochać się z nim kochała ale mieszkać razem nie chciała.
Bała się, będąc teraz samą poczuła się wreszcie coś warta, nie musiała nikomu usługiwać a jeśli to robiła, to za pieniądze i nie mam tu na myśli tego, o czym pomyśleliście, przynajmniej niektórzy. Iwonka czyli Blondyna pracowała w domu wczasowym, musiała więc sprzątać, podawać jedzenie, zmieniać pościel, gotować i zmywać, czyli robiła wszystko to, co robi się w domu z tą różnicą, że dostawała za to pensję. Było jej dobrze, mimo ciężkiej pracy miała czas dla siebie, wczasowicze ją lubili i chwalili, szefowa również była z jej pracy zadowolona.
Z Waldemarem spotykali się dość często bo lubiła się z nim kochać, był młody, namiętny, i zachwycał się jej ciałem. Był zakochany i czasem w ciągu dnia przysyłał jej czułe esemesy, na przykład takie
Na dole róże
Na górze dęby
Jak Cię kto dotknie
Wybiję mu zęby!
Był zazdrosny ale na pewno nie posunąłby się do rękoczynów, bo pamiętacie przecież, czego doświadczył od męża Blondyny i dobrze wiedział, że przemoc nic nie da, rogami się i tak rywala nie pokona.
Któregoś dnia wreszcie, gdy leżeli na niewygodnym tapczanie a księżyc bezczelnie zaglądał im do okna, a w górach księżyc jest wyjątkowo ciekawski, Iwona przytulając się do Waldemara, z powodu ciasnoty tapczanu nie mogła się nie przytulać, zaproponowała coś, o czym będzie w następnym rozdziale.
Zamieszkamy razem, ale pod jednym warunkiem – jak rzucisz palenie!
***
Waldemar, do tej pory mieszkający z matką, nie miał zielonego pojęcia o gospodarowaniu pieniędzmi. Pracował to tu to tam, ale nigdy nie musiał opłacać rachunków, kupować żywności, odzieży i kosmetyków i zarządzać swoimi pieniędzmi tak, aby wystarczało przynajmniej od wypłaty do wypłaty. Dopiero teraz uczył się, że jeśli nie kupi sobie chleba i pasztetu podlaskiego albo paprykarza szczecińskiego to nie będzie miał co jeść na śniadanie bo jednak lodówka w czarodziejski sposób się sama nie napełnia. Jak się skończy mydło albo choćby papier toaletowy to się skończy i nie będzie, jak nie wypierze sobie skarpet to musi zakładać buty na gołe stopy – bo nie ma mamy, nie ma, mama została w wielkim mieście a Waldemar mieszka w pakamerze na działce majstra.
A miał dług do spłacenia, bo jak wyjeżdżał to pożyczył pieniądze od Ryśka. Wystarczało mu tych pieniędzy na tydzień aż nauczył się, że nie stać go na zamawianie pizzy, na oddawanie rzeczy do pralni i nawet jak chodzili z Iwonką na lody to kupowali sobie takie w wafelku i zjadali je siedząc na ławeczce koło fontanny.
Już dawno policzył, ile wydaje na papierosy no ale nie zapal człowieku, no, nie zapal jak taka chuda wyfarbowana raszpla z sanatorium stanie i będzie się na ciebie gapić, oblizywać, mrugać i zagadywać. Przecież by ci się człowieku wszystkiego odniechciało a tak to zapuścisz sobie tego gryzącego dymu w oczy i nic nie widzisz.
Tej pamiętnej księżycowej nocy rzucił palenie. Wracając do siebie zabrał coś z łazienki Iwonki i już zawsze nosił to w kieszeni tam, gdzie zazwyczaj miał papierosy.
Rano zapowiedział kolegom, aby przy nim nie palili bo on już nie pali. Spowodowało to salwę śmiechu bo niejeden tak mówił a za godzinę prosił o fajkę albo wygrzebywał pety z popielniczki. Zaczęły się więc opowieści o tym, jak jedna baba rzuciła palenie i oślepła, a kiedy wróciła do nałogu to wzrok odzyskała, albo o tym, jak jeden chłop miał raka i dziurę w szyi do oddychania i przez tą dziurę w szyi wciągał dym. Umarł, ale nałogu nie porzucił. Maciek rzucił palenie ale zaczął pić i do dziś nie wytrzeźwiał, co prawda nie trzeźwieje bo się lęka kaca ale jakby wytrzeźwiał to pewnie pierwsze co zrobi to sięgnie po papierosa. Ta jego baba go wyganiała z domu bo jej dym śmierdział, no, wpędziła chłopa w jeszcze większy nałóg! Jak papierosy były na kartki to ludzie robili skręty z herbaty a nikomu nie przyszło do głowy, aby przestać palić!
Tylko majster nie palił, ale majster rzucił palenie jeszcze w podstawówce jakoś tak po komunii, bo razu pewnego przyśniło mu się, że od tego kopcenia zrobiła mu się całkiem czarna skóra i goniła go banda duchów w białych prześcieradłach. I go dogonili, jeszcze próbował własnym moczem gasić im te pochodnie aż do pokoju weszła matka i zobaczyła, że jej synuś sika na lampkę nocną. Potem mu to w rodzinie wypominali bardzo długo, a przecież dzieci robią różne dziwne rzeczy, nie ma się co śmiać.
Waldemar powyrzucał wszystkie zapałki, zapalniczki, papierosy schowane na czarną godzinę i kupił sobie zapas gumy do żucia. Nie było łatwo ale nie było też trudno, bo pamiętajcie, miał coś w kieszeni i czasem, dla przypomnienia, kładł tam rękę i ochota na papierosa przechodziła.
Po dwóch tygodniach już wiedział, że nie zapali nigdy i zaczęli z Blondyną poszukiwania mieszkania do wynajęcia.
***
Pani Emerytka zaczęła dziergać kolejną partię ocieplaczy a przy tej robocie a raczej robótce wspominała swoje najlepsze lata. Jedni mają najlepsze lata w dzieciństwie, inni z wielkim sentymentem wspominają młodość a Wandzia twierdzi, że życie jest piękne cały czas i każdy dzień jest najważniejszy a ten najpiękniejszy zdarzy się wkrótce.
Czytelnikom, którzy wytrzymali i czytali te żenujące opowieści o patologicznych poczynaniach rachmistrza przypominam, że Wandzia, czyli Pani Emerytka, jest osobą samotną. Kto nie czytał, nic nie stracił, bo nie ma tam nic śmiesznego, każdy przecież zna ten rodzaj dziewic chodzących z młotkiem w torebce, zostawiających swoje sztuczne szczęki gdzie popadnie, nazywających urzędników zwyrodnialcami.
Samotna nie znaczy wcale nieszczęśliwa, zagubiona i opuszczona. Wandzia z życia korzystała zawsze, pracując zawodowo i nie mając dzieci mogła sobie pozwolić i na perfumy „możet byt” i na różne luksusy, o których jej dzieciatym koleżankom się nie śniło. Nie chciała jednak kłuć ich w oczy stanem swego posiadania, dlatego chodziła do pracy w jednym kostiumie kilka lat, tak, jak wszystkie nauczycielki rosyjskiego.
Odłożony kapitalik pozwalał teraz na życie skromne ale godne i wcale nie musiałaby robić na drutach tych ocieplaczy, ale przyznacie, że zajęcie to jest relaksujące i miłe jak się ma fantazję, a Wandzia od czasu do czasu wyobrażała sobie szczęśliwych nabywców jej dzieła. Tak więc sezon na ocieplacze się zaczął, sezon, czyli zimno, a o interes trzeba dbać, panowie wiedzą o tym najlepiej.
Pewnego jesiennego dnia jednak i Pani Emerytce przydarzyło się nieszczęście. Wybrała się do firmy aby zanieść kolejną partię wyrobów. Było mgliście, dzień z tych, gdy trzeba cały czas mieć zapalone światło bo nie wiadomo, czy to poranek czy zmierzch, najlepiej zaraz po południu zawinąć się w koc i poczytać o marynarzach, zachodach słońca i gorących nocach w tropikach, ale do brzegu, Wandzia jednak musiała iść z tymi ocieplaczami.
Szła wolno bo nie ma za czym latać, jak nie obejrzy serialu teraz to będzie rano powtórka, gdy zza przystanku wyszedł naprzeciwko niej mężczyzna. Stanął i rozchylił kurtkę, pokazując jej swój narząd kopulacyjny w całej okazałości.
Nie wyobrażajcie sobie, że chciał mierzyć ocieplacz a Wandzia się ucieszyła, Wandzi nawet przez myśl to nie przeszło. Odwróciła się i udając, że nic się nie stało, przeszła na drugą stronę ulicy i dopiero wtedy wybrała trzęsącymi się rękami numer 112.
- Policja? Przyjedźcie w tej chwili po cholernego zboczeńca, stoi za przystankiem tramwajowym na ulicy Sienkiewicza i się obnaża, dewiant, mówię, dewiant jak nie wiem co, takiego to nie ma co trzymać w więzieniu tylko wykastrować od razu, czemu ja mam płacić na utrzymanie zwyrodnialców w więzieniu, do kamieniołomu z nimi albo proszę pana mam lepszy pomysł bo ja jestem nauczycielką rosyjskiego i wiem dużo o tym pięknym kraju na wschodzie i myślę, że jakbyśmy im zapłacili to oni by się naszymi więźniami zajęli za niewielkie pieniądze, już by wiedzieli co z nimi robić. Policja? Nic nie słyszę bo tu jest jakaś awantura, acha, to straż miejska, no, to pamiętajcie, kastracja albo na wycieczkę na wschód!
I jak tu nie nosić w torebce młotka, no, jak?
Dla wszystkich, którzy mają wątpliwości - tak, to są ocieplacze dla mężczyzn! Na klejnoty.
zdjęcie z internetu
do

Skończyliśmy na tym, jak Blondyna i Waldemar zamieszkali razem, bo Waldemar tak, jak obiecał, rzucił palenie. I zaczął pić. Nie no, żartuję.
Zamieszkali w starej kamienicy na końcu ul. Pułaskiego w Krynicy, pod samym lasem. Wynajmowali mieszkanie paskudne, ciemne, wilgotne i zimne, ale tylko na takie było ich stać. Nie wątpię w ciekawość i cierpliwość czytelników bo przecież jestem winna Wam wyjaśnienia, co Waldemar zabrał pewnego dnia z łazienki Blondyny.
Było to tak. Nie ma się co czarować, Waldemar tak bardzo nie zmienił się kochając pierwszy raz w życiu i to z wzajemnością, nadal najważniejsza dla niego była miłość, czyli seks, czyli kochanie się w każdym miejscu i o każdej porze, tylko tym razem już nie było mu wszystko jedno, nie wykluczał co prawda kochania się w pojedynkę ale miał przecież swą Blondynę, i stało się tak, że żadne inne formy miłości nie dawały mu takiej rozkoszy. Dlatego też pogonił tę szantrapę z sanatorium, która potem narobiła Pani Emerytce kłopotów bo gdzie takiej szantrapie do Iwonki, no, gdzie!
Kiedy obiecywał rzucić palenie, zrobił to bez sekundy zastanowienia ale przecież kiedy przypieczętował obietnicę namiętnym seksem, natychmiast zachciało mu się palić. Nie chcąc zrobić swej ukochanej przykrości, wyszedł do łazienki i nawet chciał wypalić jak ten skazaniec swego ostatniego papierosa, gdy zobaczył rzucone byle jak w pośpiechu obok kosza na bieliznę białe bawełniane majteczki. Podniósł je, przytulił w charakterystycznym geście do twarzy a potem schował do kieszeni tam, gdzie zazwyczaj trzymał papierosy.
Tak więc już wiecie, co jest najlepsze na nałogi. W każdym razie u Waldemara to działa do dziś, nie wiem, czy ten sposób się sprawdzi u kogoś innego.
Mieszkali we dwoje w tym wynajętym mieszkaniu już od kilku miesięcy, sezon na układanie kostki się skończył ale Waldemar, człowiek z maturą, dostał pracę na dłużej, zajmował się teraz wydawaniem narzędzi na budowie. Nie musiał już spędzać całego dnia na kolanach i oglądać ludzi od butów do kolan, choć zanim poszerzył perspektywę, poznał kogoś wyjątkowego i poczuł się znów odpowiedzialny.
A było to tak. W owym czasie, gdy robiło się coraz bardziej zimniej i coraz szybciej ciemniej a chodniki w Krynicy już prawie wszystkie były ułożone z tej nowej kostki, do Waldemara, siedzącego na krawężniku i jedzącego bułkę z pasztetem podlaskim podszedł mały, bury kociak. Podszedł pewnym siebie krokiem, otarł się o nogawkę spodni człowieka i powiedział - miauu - co znaczy, że kot jest głodny jak nie wiem co. Waldemar również był głodny jak nie wiem co ale ileż może taki kociak zjeść, no, ile, odłamał więc kawałek tej kanapki i położył na folii.
Kociak złapał jedzenie w pyszczek, oczy mu wyszły z orbit ale przełknął dzielnie i wymownie spojrzał na Waldemara. Miauu.
- Jak miałeś to zjadłeś, nie ma więcej!
- Miauu.
Następny kęs zniknął w kocim pyszczku a za chwilę reszta bułki.
Tak się to wszystko zaczęło. Po południu kociak schowany pod Waldemarową kurtką powędrował na górę pod las, a kiedy Blondyna wróciła z pracy, zastała swego kochanka śpiącego z półkilowym, chudym jak nieszczęście, burym kociakiem na ramieniu. O kuwecie Waldemar nie pomyślał, dlatego kociątko zrobiło sobie kuwetę z jego butów i dzięki temu pan dorobił się nowej pary obuwia.
Potem już nigdy, ale to nigdy, nie zdarzyło się Kociątku nabrudzić poza kuwetą i tak się zaczął kolejny rozdział tej historii.

*
Pani Lucyna, kto jeszcze pamięta panią Lucynę to wielki szacunek, kto nie pamięta to za chwilę się domyśli co to za postać tu wróciła, żyła w goryczy i rozczarowaniu coraz większym, bo przecież spotkał ją najtragiczniejszy zawód życiowy. Jej jedyny, ukochany syn, któremu poświęciła całe swoje życie oto związał się z kobietą od siebie starszą, mężatką, żeby tak jeszcze pobył z nią chwilę i wrócił do domu jak miała nadzieję to nie, wyglądało na to, że ta wywłoka całkowicie zawróciła mu głowę. Wiadomo czym, suka jedna! I raczej nie głowę.
Ale Lucyna jest cierpliwa i dobrze wie, że syn do niej wróci i będzie na kolanach przepraszał, a Lucyna jest dobrą matką i wybaczy swemu marnotrawnemu, bo ma nadzieję na normalną synową i wnuki, a nie takiego garkotłuka jak ta Blondyna, co nawet nie może mieć ślubu kościelnego bo już ma.
Zbliżały się święta i Lucyna coraz częściej popłakiwała z tęsknoty za synem bo nie wyobrażała sobie, że nie będzie go przy wigilijnym stole. Wreszcie któregoś dnia zadzwoniła do Waldemara prosząc, by spędził z nią ten najważniejszy dzień w roku. - - Narobię ci krokietów z kapustą i grzybami, a pod choinką już coś czeka na ciebie – opowiadała jak nakręcona o swych wyczynach kulinarnych nie dopuszczając go do głosu, a gdy wreszcie zaczerpnęła tchu, nieoczekiwanie usłyszała – dobrze, mamo, dziękujemy za zaproszenie, przyjedziemy wszyscy.
- Jak to wszyscy, to ta twoja konkubina śmie się tu pokazać? – Lucyna pełna oburzenia nawet nie usłyszała odpowiedzi o Iwonce, która nie jest konkubiną tylko miłością życia i Kociątku, które nie może zostać samo nawet na jedną noc bo byłoby samotne.
Iwonka słyszała tę rozmowę.
Jedź, ja może pojadę do swojej mamy – rzuciła.
- Nigdzie bez ciebie nie jadę – odparł.
Jak na zawołanie zadzwonił jej telefon i usłyszała głos matki. To nie było zaproszenie na święta. Matka jak zawsze zresztą, zaczęła narzekać na zdrowie, na drogie leki, na lekarzy aż wreszcie dotarła do tego co zawsze.
- Jakbyś przeprosiła męża i jego rodzinę to może by ci jeszcze pozwolili wrócić, święta są, ludzie się godzą, pomyśl o tym, z czego ja mu spłacę te pieniądze, myślisz tylko o sobie!
Fakt, wiele lat temu matka Iwonki pożyczyła sporą sumkę od zięcia na remont łazienki myśląc, że to będzie na wieczne nieoddanie a teraz się upomniał o dług, jaki wstyd!
Iwonka już wiedziała, że do matki na święta nie mają po co jechać. Zostaną tu we dwoje, będą to ich pierwsze wspólne święta, nie ma się co przejmować. Łatwo powiedzieć, a na końcach rzęs wisiały łzy.
Znów odezwał się telefon. To Pani Emerytka chciała złożyć Iwonce życzenia, trochę wcześniej, bo jutro, czyli w wigilię, nie chciała przeszkadzać, pewnie będą u matki jednej czy drugiej to telefony będą wyłączone.
Pani Emerytka, jak dobrze wiecie, jest osobą niezwykle taktowną. Nawet przestała nazywać Waldemara zwyrodnialcem i zboczeńcem, przekreśliła po prostu ten fatalny początek znajomości a widząc szczęście w oczach siostrzenicy zapomniała wielkodusznie i na zawsze o jego wyczynach.
- A co ty katar masz?- zainteresowała się, słysząc pochlipywanie Iwonki.
- Nie ciociu, nie mam kataru, tak mi jakoś z nosa samo leci.
- To wpadnijcie do mnie w święta, mam ocieplacz dla Waldzia! Przyda mu się, nie?
- Ciociu, my tu zostajemy, nie wybieramy się nigdzie na święta.
Dobrze, że Wanda miała wykupione tysiąc promocyjnych minut bo dzięki temu udało się jej sprawić, że Iwona przestała beczeć, bo przecież niech nie mówi o wygnaniu i odtrąceniu, niech nie mówi, bo ona, Wandzia, ich nie odtrąca a przeciwnie, mają w tej to chwili zacząć się pakować i przyjeżdżać do niej!
W pewien piękny, niezwykły wieczór dwoje ludzi zapukało do drzwi skromnej emerytki a kiedy weszli do środka i otworzyli drzwiczki klatki, bury, pręgowany kociak wyskoczył z niej i pognał prosto przed siebie. Po chwili siedział na czubku niebezpiecznie chwiejącej się choinki a ludzie śmiali się na głos, bo kto to widział takiego anioła.

19 komentarzy:

  1. Jest trochę tego czytania, jest :-)))
    Na razie uśmiałam się z kwiatu paproci :-)))
    Dlaczego ludzie się śmieją z cudzego nieszczęścia ?
    Biedny Rysiek...
    Jakby mnie tak walnął kwiat paproci...
    Mój mąż też nazywa się Rysiek... Ciekawe...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzisiaj dotarłam do TU ...
    Szkoda ,że nie można podlinkować :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Śniadania w pracy mi się przeciagły, oj przeciągły.Fajnie się czyta tak razem po kolei.A czy nastapi ciąg dalszy???
    Czekamy i pozdrawiam
    Jagoda

    OdpowiedzUsuń
  4. Dotarłam do listu Iwonki.
    Myślę ,że będzie ciąg dalszy.
    Chyba Klarka jakiś komputer wymysli ????

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam już do końca wszystko :-)
    Extra...
    Poproszę o więcej :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzę, że spisałaś całą historię Krysi i Rysia tutaj :)
    Zupełnie nie rozumiem, jak to się stało, że jeszcze nie byłaś u mnie na fejsie :)
    Już to poprawiłam.

    OdpowiedzUsuń
  7. a gdzie dalsze opowieści ??????????????????????????????? kiedy się pojawią
    ???

    OdpowiedzUsuń
  8. ja się nie nadaję do redagowania, piszę je ale są rozrzucone po blogach, może znów ktoś kiedyś je pozbiera to wtedy je tu wrzucę

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudne! Przeczytałam całe i chcę więcej

    OdpowiedzUsuń
  10. czyta się super, chcemy jeszcze111

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :)na dalsze ich przygody zapraszam na blog "dziś też Cię kocham"

      Usuń
  11. skupmy się na cyt." z czego oni spłacą"....
    jr
    Sedno serdeńko

    OdpowiedzUsuń
  12. za pieniążki zniszczone życie- i za to na pewno zapłacić przyjdzie - jak Jantar zapowiedziała swoim dłużnikom
    jr
    PS Jedno zwierzątko tu, jedno tam....nie przypominam sobie lepszych stron ..ważenia piwa.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zgrabnie opowiedziane, jednak przesłanie, które z tego płynie jest jakieś smutne. Bo łatwo tak sobie czyimś kosztem dowcipkować, jeśli samemu ma się "perspektywy". Lub też sądzi się, że je ma:-). Smutek mój ma podbudowę z lekka egzystencjalną. Spojrzenie ludzi na pewne sprawy jest niewłaściwe. Nie zmieni tego nawet miłosierny i współczujący ton. Czasami bowiem przekształca się w protekcjonalny.

    OdpowiedzUsuń
  14. Kurczę, ale się spłakałam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Przeczytałam jednym tchem... :))) Świetne!

    OdpowiedzUsuń